Marcin Jurzysta
Ciuciubabka Marcina Jurzysty
Chodzi o to, żeby przeszyły cię dreszcze/po plecach przeszły ciarki – pisze poeta mniej więcej w połowie swego debiutanckiego tomu. Dreszcz przeszywa, ciarki przechodzą, co odczytuję jako oznakę, że stoi za tymi wierszami autentyczne przeżycie. – Doświadczenie utraty ojca, z którym synowskie, mówiące tutaj „ja” łączy relacja mityczna, archetypiczna. Ale żeby debiutować epitafiami? Udaje się to nielicznym – tym, co potrafią dźwignąć żałobny temat, nadając mu czytelną formę, unikając łatwych pocieszeń. Jurzysta do tej mniejszości bez wątpienia należy. Jego rozeznania śmiertelności nie ukoi żadna estetyka, nie osłoni żaden ornament, nie objaśni żadna idea. Umieranie zostało tu zredukowane do nagiego, instytucjonalno-fizjologicznego procesu, zanikania, rozpraszania (por. Szpital wojskowy). Zabawy, gry karciane, mecze koszykówki, skracają j czas oczekiwania na egzekucję (Rysunek z 1803 roku). Ojciec, w początkowym tekście zachowujący jeszcze ostatnie oznaki bosko-królewskiego majestatu, siedzący na fotelu/co jest właśnie tronem bez ziemi i bez czasu (Znalazłem twoją koronę), prawie natychmiast zmienia się w łazarza, internowany w coraz bardziej ciasnych wnętrzach. Rozpada się, poddany coraz bardziej demonicznym rygorom i rytuałom medycyny (***, To naprawdę straszny dwór…) ukrywającym elementarną bezradność wobec śmierci. Wszędobylskiej, wścibskiej. Zostaje ona z żywymi długo po odejściu umarłych. Dekonstruuje ich światoobraz. Każe im oczekiwać na swoją, całkiem bliską, kolej (Piżama). Kiedy ta przyjdzie, włącza ich do gry. Gra nimi na oślep, nie czyniąc różnic (por. Kościół św. Stanisława Biskupa). Ani się spostrzeżemy, jak ci, co zaczęli grać, są rozgrywani bez szans na dogrywkę. Uniemożliwia ją samo ciało: coraz bardzie obce, budzące wstręt odbarwieniem i śliską wymową (***, Poczekalnie, w których spotykam…); schładzane stopniowo do temperatury nagrobka (II., Mówię ci d tego kamienia wieje chłodem…) Umiera zresztą wszystko, nawet plastikowi żołnierze dawno polegli/ posłuszni prawom rosnących kości/ w termopilskim wąwozie pomiędzy łóżkiem w szafą (Śmierć żołnierzy) Mól jakiś podstępny niszczy nasze skarby i pamięć, nim wreszcie zgotuje nam apokalipsę. Tomik Marcina Jurzysty proponowałbym czytać nie tyle jako ostrzegawczy moralitet, ile jako pamiętnik czasu wesołej śmierci. Terapeutyczny, nadwrażliwy (zob. Dzieci elfów), wzbogacony dyskretnymi aluzjami literackimi i kulturowymi. To one mają pewien walor konsolacyjny. Jedynie one.

Piotr Wiktor Lorkowski

http://piotrwiktor.blox.pl/html/1310721,262146,20.html?24

fot. Danuta Węgiel


ciuciubabka, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Biblioteka "Arterii", t. 13, Łódź 2011.


XIV Majowy Buum Poetycki - 16.05.2013 r. Akademickie Centrum Kultury i Sztuki Od Nowa w Toruniu.




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2024  Fundacja Literatury w Internecie