Roman Kaźmierski
Biała noc w Ö.
(1)
Z łokciami na parapecie w otwartym oknie
to sposób znalezienia dziury w całej
widzialności. Przez nią udaje się wydostać stąd,
poszybować między ludzi nad brzegami
rzek i jezior, w obłoki pamiętane z dzieciństwa,
choć było cudze, każdego prócz siebie, niczyje.

(2)
Tam leży mój pies pogrzebany, w kącie
ogródka, co już nie jest mój, w miejscu
gdzie przedtem rósł bez, ale zmarniał,
więc go wyciąłem. A tam na miedzy,
wzdłuż pobliskiej łąki za więzieniem,
psim zwyczajem zagrzebał niejedną kość.
Gdy ją wykopie archeolog, będzie jedną
z moich, białą i gładką jak z plastiku.

(3)
Marginesy rosną. Często biorę je
za tekst główny, z czasem i miejscem.
O akcji zapominam, gdy w jasną noc
siedzę na balkonie, który też się powiększa.

Wprawdzie nie da się tutaj jeździć rowerem,
ale ze dwadzieścia osób pomieści:
my, wy, oni, zastępcy i następcy,
obecni bez użycia przemiłej przemocy.

Spokojnie popijamy, rozmawiamy
półgłosem o winach, szeptem
o zbawieniu, choćby jednej cząstki
elementarnej. Noc zwie się białą,

ale każdy odcień oddala się od bieli jak ty
od ja. Na zachodnim marginesie nieba
nie widać ciał niebieskich, ogniki
papierosów zastępują gwiazdy.

Żartujemy o tym, co różni kosmos od chaosu,
Czy pustka to wakacje od bycia sobą,
czy kimś innym? Gadamy o niczym
do białego dnia, przykładamy się do rana.
 Tlen
Roman Kaźmierski (wg obrazu Jeana Dubuffeta pt. Dhotel nuance d'abricot
fot.


wyd.wirtualne w portalu "panowie rynsztok i dno" 2006






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2010  Fundacja Literatury w Internecie