Karol Maliszewski
Urodził się w 1960 r. w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego i w Kolegium Karkonoskim w Jeleniej Górze. Prowadził warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Absolwent filozofii. Doktor nauk humanistycznych. Poeta, prozaik, krytyk literacki.
Potrawy pośmiertne;
ten olśniewający stół,
którego będziecie się trzymać
jak burty okrętu zapadającego się
w tłustej zupie oceanu,
a ja wam będę machał jak szalony
z bezludnej wyspy, która zaludni się szybko
i któryś powie „Co się wściekasz”,
i będzie się zacinał, jąkał;
dopiero potem powiedzą mi,
że to Bóg. Ale nie dojdzie do mnie nic,
żadna wielkość, prawda czy poczucie,
pustka rozdęta w piersiach, lśniąca
na krawędziach, to wszystko
(koniec do przełknięcia jak ołów,
rtęć do wypicia)
którego będziecie się trzymać
jak burty okrętu zapadającego się
w tłustej zupie oceanu,
a ja wam będę machał jak szalony
z bezludnej wyspy, która zaludni się szybko
i któryś powie „Co się wściekasz”,
i będzie się zacinał, jąkał;
dopiero potem powiedzą mi,
że to Bóg. Ale nie dojdzie do mnie nic,
żadna wielkość, prawda czy poczucie,
pustka rozdęta w piersiach, lśniąca
na krawędziach, to wszystko
(koniec do przełknięcia jak ołów,
rtęć do wypicia)
Dziennik
03-03-10 17:19
I to wtedy ojciec zaczął trochę polatywać. O nie, tylko żadnych skojarzeń z jogą, lewitacją i tymi bzdurami. Najzwyczajniej w świecie przypinał się do lotni. Najpierw długo obserwował tych, którzy zjeżdżali się, by na górce niedaleko naszego domu ćwiczyć latanie. Jakieś prądy tam były korzystne, wiało łagodnie i w sam raz, można było unosić się bezkarnie. Ojciec robił sobie przerwę, rzucał nożyce na rozłożony materiał i z cygarem w ustach, pamiętam jak dziś, szedł w stronę kolorowych lotni, zapominając nawet o królikach. A klatki z królikami to była świątynia, w której oddawał się medytacjom, głaskał swoich pupili, dolewał wody, karmił marchewką. Pierwszą rzeczą po powrocie ze szkoły było rwanie koniczyny, szczawiu i czegoś w tym rodzaju. Byle świeże, zielone i kruche. Trzeba było z wózkiem objechać sąsiednie wzgórza. Bracia używali sierpa, ja darłem rękami. Sypało się potem z wózka do klatek. Po tym wszystkim matka wołała na obiad.
Ojciec zgadał się z jednym panem. Okazało się, że to zegarmistrz z Bielawy, zapalony lotnik od lat. I wtedy ojciec spróbował po raz pierwszy. – To lepsze niż wódka – szepnął mi na ucho. – Ale co? – zapytałem. – No, kiedy tak zrywasz się i nogi nie dotykają ziemi, do niczego nie są potrzebne i chciałbyś je zamienić na skrzydła. – Ee tam, parę razy ojcem szarpnęło i tyle. Jaki tam lot – parsknąłem ironicznie. – To tylko tak się gnojkom wydaje, co na dole stoją i zazdroszczą. A tego, co ja mam wtedy w środku, nikt nie odbierze. Nikt – głos ojca był stanowczy jak rzadko.
Nałóg latania miał z biegiem czasu zabić nałóg picia. Ale tego czasu zabrakło.
28-12-09 21:33
A teraz opowiem o mojej siostrze. Wspominam ją jak cudownego aniołka, który nie wytrzymał na ziemskim padole i szybko wrócił do raju. Szkarlatyna była wówczas dla mnie synonimem złej wiedźmy porywającej niemowlęta. Na komunię dostałem od ciotki z Białegostoku leksykon, z którym od tej pory nie rozstawałem się. I tam wyczytałem, że szkarlatyna jest chorobą. I że nieraz przyczynia się do powiększania grona aniołków. Siostra nazywała się Barbara Karolina. I kiedy po wielu latach urodziłem się ja, to chciano jakoś ją uczcić, zachować o niej pamięć. Nie mogli mi dać na imię Barbar, bo nie ma takiego zwyczaju, to dali Karol, traktując ten gest jak wskrzeszenie mitycznej Karoliny.
Ze snów i wspomnień, a najwięcej ze zmyśleń uroił mi się obraz smagłej brunetki,ulepiła się figurka. – Proszę mnie nie dotykać – szepnęła moja siostra. I jeszcze szeptała tak kilka razy, szeptała na próżno, wreszcie krzyknęła „nie dotykać, słyszysz, nie dotykać!” Już miała włosy, smoliste loki, tak jak chciał ojciec, i obfite piersi, którymi bodła niewidoczną przestrzeń, to wszystko złe, co nasilało się wokół, ale nie miało kształtu i wyrazu; Basia mimo lęku parła naprzód w stronę jaśniejszych plam, podniesionych głosów, myśląc, że może tu żyje się naprawdę, widzi... więcej >>




