Joanna Lech
Joanna Lech, Zapaść
W wydanym w Bibliotece Laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. J. Bierezina pod auspicjami "Arterii" debiutanckim tomie Joanny Lech dominują obsesyjne opisy zamierania, głodu i skąpe, za to równie natrętne sygnały, wysyłane jakby w dążeniu do rozpoznania świata, a zwłaszcza swojej własnej obecności, ale ostatecznie niestwierdzające niczego, niedające żadnego przekonania co do zasadniczych kwestii. "Ponieważ życie składało się z zimnych obrazów" - zapisała Joanna Lech i ten cytat proporcjonalnie oddaje właściwości obrazowania w jej wierszach: pejzaży zastygłych, krajobrazów nieprzystępnych, odstręczających, okaleczonych przez chłód i przesyconych wilgocią, "która wciska się tu przez wszystkie szczeliny".

Na szczególną uwagę w tomie Joanny Lech zasługuje kilka zagadnień. Pierwsze można powiązać z gestem przełykania, raz po raz wracającym na stronach Zapaści. "Tam będzie wzbierać, / będzie zarastać łuską i uczyć się przełykać" - taką przyszłość przeznacza Lech dla jednej z bohaterek swoich wierszy, "wszystko można przełknąć" - dodaje w innym. Odczytałem to jako zapisy osoby definiującej na własny użytek sytuację depresyjnego zamknięcia w bezsilności, gdzie "przełknąć" może oznaczać "przetrwać", "obejść się bez czegoś/kogoś". Ten świat jest wypatroszony, pusty, jak zapisuje Joanna Lech "skurczył się do oczu - gdzieś tam są sidła i słychać mlaskanie". Jedyne elementy, za pomocą których nadal oddziałuje na zmysły, okazują się - ze swojej natury - nieuchwytne: "Może jeszcze próbujesz coś złapać - tamtą chwilę, rozcięte niebo, siebie / na zdjęciu? Przecież niczego tu nie ma. Nic tu nie jeździ; pusty dworzec, / ławki, perony. Las za zakrętem. Niczego tu nie ma, // powtarzam, gdy sięgasz do góry i między palcami łuszczy się światło; / ostatnie błyski, okruchy, które tak trudno zatrzymać, trudno się ich uchwycić".

W poezji Joanny Lech - i to mogłoby być kolejne zagadnienie - ta poznawcza deprywacja zostaje doprowadzona do momentu krańcowego, gdzie "coś" albo - to chyba lepsze ujęcie - "ktoś" nie oznacza innego, ale samego siebie. Zanim Lech skreśli ostateczną kwestię: "Nie rozpoznaję w tym siebie", wprost świadczącą o definitywnym rozdźwięku pomiędzy nią, a otaczającą ją rzeczywistością, zanim - zachwiana wobec elementarnego porządku - da wyraz zagubieniu i niepewności, taktując w wierszach czas zdawkowymi określeniami w stylu "chyba południe", dokonuje przewlekłej i rozpaczliwej autodiagnozy, gdy "słowa same wychodzą spod skóry, / obce i ciche, i dziwnie zatarte", a "Z wnętrza wychodzą sny / nagie i obce". Ta obcość wobec siebie, na powyższym przykładzie przedstawiona w wymowny sposób, rozprzestrzenia się, jej uciążliwa obecność jest zaraźliwa i przenosi się na otoczenie: "kiedy przesuwam palcami po twojej dłoni, staje się zimna / blada i tak samo obca".

Można by również pochylić się - i to mogłoby być kolejna, zasługująca na uwagę, kwestia w liryce Joanny Lech - nad motywem głodu w jej utworach. "Zjadaliśmy się nawzajem, a głód, / ten zimny dotyk, zaplatał w nas supły, podchodził do gardeł" - ów reminiscencyjny zapis mógłby sugerować, że głód stanowił test na fizykalne istnienie: rzeczywistości i własne, i można odnieść wrażenie, że był jego - wobec braku odmiennych - jedyną dostępną miarą. Jak gdyby pochłanianie mogło stanowić wyłączną sankcję obecności, nieprzypadkowo głód został tu zrównany ze zmysłem dotyku i pozostawia po sobie ślady: "Blizna, która przechodzi przez gardło, / zaczęła się od dotyku". Może to jedyne namacalne ślady, dowody desperackich wysiłków, żeby pozostać w świecie - realnym, w kondycji - na tyle niezachwianej, żeby nie zapaść się tam, gdzie swój urząd sprawują urojone zapachy oraz żywioły pozbawione właściwości, które tu znaliśmy.

W wierszach Joanny Lech pojawia się niewiele postaci. Jedna z nich, jej tajemniczy interlokutor, przekroczył pewną granicę i teraz mówi: "Ten kwaśny zapach [...] to przede wszystkim". Ale jego rozmówczyni okazuje się wyrozumiała. Może domyśla się, może wie: "Po paru dniach zaczynam rozumieć, gdy mówi, / że boi się śniegu, że śnią mu się pola maków, / które nigdy nie zakwitną ani nie zwiędną".

Roman Honet
biuroliterackie.pl
Joanna Lech
fot.




www.facebook.com/of.joannalech




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie