Robert Rybicki
Piotr Sobolczyk i Tomasz Cieslak-Śokołowski o książce "Motta robali"
Nocne krytyków czaty

Robert Rybicki, Motta Robali, Instytut Mikołowski, Mikołów 2005, ss. 80.

Wolimy czatować na ciekawe tomiki poetów z "roczników siedemdziesiątych" i pisać recenzje dialogowe jako namiastki sporu krytycznoliterackiego, wolimy zataczać hermeneutyczne koła, przybliżając się do sensów... niż skazywać się na urywkowy dyskurs czatu internetowego, niż wpadać w pułapki prostego wartościowania.


CZAT VIII

„Pan od przygody”

Piotr Sobolczyk: Pewnego dnia dostałem paczkę od Macieja Meleckiego z Instytutu Mikołowskiego, w której znalazł się m.in. tomik Motta Robali Roberta Rybickiego, autora, którego nazwisko nie było mi całkiem anonimowe, poprzedni tomik Epifanie i Katatonie też był wydany w Instytucie Mikołowskim (2003). Zacząłem zaglądać do nowego tomiku, czytałem na wyrywki, żeby zobaczyć, co to za styl pisania, i stwierdziłem, że bardzo interesujący, to znaczy: przykuwa uwagę. Zachęciłem więc Tomka, żeby się zapoznał i podjęliśmy wspólnie decyzję o nagraniu Czatu o tym tomiku. Kiedy się do niego przygotowywałem, zrozumiałem, że ta wyrazista, interesująca propozycja poetycka nie spotkała się z recepcją krytyczną, na jaką zasługuje, prawie nikt nic nie napisał o tym tomie, jeśli się nie mylę, nie było większych recenzji. Do pewnego stopnia mnie to nie dziwi, bo mówić, pisać o tej poezji, jest bardzo trudno. Z tego względu, że ona nie daje zbyt wielu szans czytelnikowi, nie daje wielu szans krytykowi, by on się odnalazł w tym gąszczu...

Tomasz Cieślak-Sokołowski: ...nie poddaje się modelowi dialogicznej krytyki, krytyki rozmawiającej z dziełem i negocjującej z nim sens...

P.S.: Tak. Jest to poezja zamierzenie hermetyczna i sprawiająca początkowo wrażenie chaosu, takiego rozpadu, wydaje się, że tomik rozpada się na kilkadziesiąt wierszy, które są zupełnie nieporównywalne, a krytycy zwykle lubią pisać nie o poszczególnych wierszach, tak jak(by) się one ze sobą nie łączyły, tylko lubią, by jakaś „zasada uspójniająca” się znalazła, prawda?, bo to pozwala na skonstruowanie dyskursu krytycznego, jakiejś recenzji w miarę sensownej, bo recenzja zwykle nie składa się z interpretacji trzech wierszy, które krytyk sobie wybrał, nawet jeśli byłoby to ciekawe...

TCS: ...chodzi o technikę, myśl przewodnią, kontekst, który pomaga umieścić, jakąś ewaluację... Problemy są tym większe, że poprzedni tomik jest napisany – to słowo oczywiście niewłaściwe, ale jedyne, jakie mi w tej chwili na myśl przychodzi – w sposób podobny. Czytając Motta Robali, czytając Epifanie i Katatonie, ma się w pewnym momencie podobne wrażenie znużenia. Znużenia nie tyle tym, co się czyta, co natłokiem tego, co się czyta. Potrzebne są oddechy, potrzebne jest zostawienie na moment lektury. To wynika oczywiście z tego, co już powiedziałeś, że nie jest to poezja, która daje się prosto, linearnie wykładać, ale także czytać.

PS: Występuje rzeczywiście efekt znużenia, który niekoniecznie musi mieć związek z tym, że czyta się wiersze złe. W gruncie rzeczy ja nie jestem w stanie nawet ocenić, czy w tym tomie są jakieś wiersze zbędne, czy wiersze złe, dlatego, że mam taki problem i myślę, że wielu czytelników tej poezji się z tym problemem zetknie, że w przypadku więcej niż połowy wierszy – naprawdę nie wiem, o co w nich chodzi. Z tego względu to, co my tutaj dzisiaj będziemy próbowali powiedzieć, na pewno nie może pretendować do miana wyczerpującego opisu, jest to tylko wstępny namysł nad pewnymi aspektami...

TCS: ...właściwie, szukanie formuł na to, jak można by o tej poezji mówić. Trudno znajdować formuły rozumiejące tę poezję, uznające, że oto wiersz, oto fragment tomiku, oto tomik został zrozumiany, sens został ukonstytuowany i sprawa została zamknięta. Za samym tym tomikiem można by powiedzieć, że czytanie jest czymś na zasadzie snuffowania, czyli na zasadzie wciągania tabaki i kichnięcia...

PS: Oj, tabaki, ja nie jestem pewien, czy to jest tylko tabaka, ponieważ ten fragment, który przywołujesz, rozgrywa się w toalecie, mam wrażenie, że chodzi o wciąganie czegoś cięższego niż tabaka (wiersz Łatwopylne widowiska). Skoro już przy tym jesteśmy, to trzeba powiedzieć, że ta rozpasana wyobraźnia Rybickiego może mieć związek z faktem – i nie należy go ukrywać – że, co sam zresztą mówi w autokomentarzach, pali namiętnie marihuanę. Oczywiście: można się domyślać, że wielu innych poetów roczników 70. i nie tylko – ostatnio Leszek Szaruga się zwierzył, jak to w latach 70. z Jackiem Bierezinem i kimś jeszcze palili marihuanę – a to się nie musi wcale przekładać na wiersze, poetykę. A u Rybickiego wiersz nie stawia sobie jakichś specjalnych barier, nie boi się siły konwencji, nie lęka się mówić w taki sposób, w jaki inni by się bali, dlatego, że może zaczęliby się wahać, czy to nie jest antypoetyckie, albo za mało zrozumiałe, a on prowadzi grę luźnych skojarzeń i może to właśnie rozluźnienie wywołuje trawa. (Por. też: mistycy / średniowieczni wstają z grobów, aby / zapalić marijuanę i zostawić sztacha / papieżowi... – wiersz Ukończenie światła. Czat.) W swoim tomiku w wierszu Enter Jesus. Entrada de Iesu? mówi o „panu od przygody”, jest to oczywiście aluzja do „pana od przyrody” Zbigniewa Herberta, czy teraz lwowskie // Ł wrócić ma / na język pana / od przygody? Takim panem od przygody jest Rybicki, jego poezja jest przygodą – a on jest w niej panem, niekoniecznie w sensie monsieur, nauczycielem, raczej władcą.

TCS: Ale władcą, który nie do końca panuje nad swoim królestwem, nie myśli o nim jako o centrum, imperium, tylko peryferiach, skrajach...

PS: ...z tym jest różnie, gdyż, jak sobie wynotowałem, co najmniej dwa razy pojawia się metafora „epicentrum” i raz jest nim tekst (...jest poza tym tekstem, / który jest ruchomym epicentrum / okręgu, naznaczonym ołówkiem bez sztyftu – wiersz Wiersz bez tezty), a drugim śmierć skojarzona z „ja” (Co o tym śnić, / sądząc – gdy mózg jak miąższ / arbuza, epicentrum śmierci, / a ja jest zgiełkiem siebie? – wiersz Przedziemskie nity, zardzewiałe). (Epi)centrum może być ruchome, ale jak się zdaje, zawsze związane z „ja”, które jest jakimś, choć niepewnym, „centrum” w t e r a z i e (jak mówi w trzech miejscach).

TCS: Ale to chyba nie są patetyczne sformułowania?

PS: O nie, właśnie o to chodzi, że jeśli pojawiają się jakieś takie kategorie centralne, zwykle są negowane albo brane w nawias, nic nie jest trwałe.

TCS: Zresztą większość tych kategorii, większość wypowiedzi, większość obrazów, większość obsesji wyobrażeniowych jest nie tyle z zasady, co z samego pisania, z samego dyktatu pisma brana właśnie, albo w nawias, albo opatrywana znakiem zapytania, często zdanie jest urywane, kończy się dwukropkiem, średnikiem. Brak tutaj i zdań, i myśli, i pewnych koncepcji, i konstatacji, które byłyby szczelnie domknięte.

PS: Brak takiego mocnego metafizycznego myślenia, co mogłoby skłonić kogoś do posądzenia autora o to, że wyznaje i wyraża chaos. Tymczasem nie sądzę, żeby tak było, myślę, że gdy Rybicki nawiązuje w wierszu Ukończenie światła. Czat do podziału na „klasyków”, którzy się u niego nazywają klassykami, co oczywiście diabelsko o nich świadczy, i może wężowo, no i nie jest to z pewnością opcja poetycka, którą on by lubił, chce wyjść poza łatwą dychotomię klasycyzm, powiedzmy po Barańczakowsku, „poezja zadufana” vs. „poezja nieufna”, albo „klasycyzm” vs. „romantyzm”, ”kosmos” vs. „chaos”... U Rybickiego pojawia się kosmos, jego wyobraźnia sięga po elementy kosmiczne, ten kosmos potrafi się zetknąć z całkiem dosłownie rozumianym palcem dłoni, albo chwilę po mówieniu o takich aspektach kosmicznych wykrzyknie się „hej!”. Kilkakrotnie mówi o np. oku Bogga czy konwulsjach Bogga i włącza w tę formę Dopełniacza tytuł jednego z manifestów futuryzmu z 1920 r. pt. Gga... Cytuję Ukończenie...: Klassycy powinni się zająć sobą, / ogniem siebie, a nie całym / światem, wpadającym światłem / do oka, odgrodzonym światem. Rybicki nie lubi takiej poezji, jakiej zresztą ja też nie lubię, o tym, że jakaś biedronka, albo mrówka, albo ślimak idzie po źdźble trawy czy czymś takim, co często jest jakimś zbanalizowanym, a najczęściej w ogóle pozbawionym znajomości źródeł zachodnioeuropejskim spojrzeniem na zen – on stawia na „ja”. (I demonstracyjnie stwierdza, że zen to dla niego zona oszroniona, nie zna się). Tylko że z tym „ja” on ma znaczne problemy, które mnie się kojarzą z Białoszewskim, zastanawia się, czym takie „ja” może być. W wierszu Na początku było jeden. Potem zostały gruzy powiada tak:

Być może wypowiadam się
we własnym imieniu.
Gdy mówię o sobie: jest,
jestem naprawdę w

tym zaciśniętym
sześcianie myśli?

A co nie istnieje?

I czy zdąży?

– to jest jak pytanie Białoszewskiego, A kto wymyślił gwiazdy głupsze?, jakie są moje granice?, z tomu Obroty rzeczy, i w innych wierszach, np.: Nie wiem, czy ja zmieści / się w swojej siatce współrzędnych, / choć znajdzie się tam nagła / mroźność ciała i przerażające, / ustawiczne doświadczanie siebie (wiersz Osobie samej w sobie bez potomności, tu także w poincie); a także Prasię? Rdzeń ja? (Jak wygląda czasownik najnowszej generacji?), albo pointa wiersza Na przeżycia, przypominająca słynne leżenia Białoszewskiego. To „ja” przeciwstawia się w jakiś sposób chaosowi doświadczenia, ponieważ ten chaos przepływa przez nie. Poza tym bardzo interesująco zastanawia się Rybicki nad ważnym zagadnieniem, które można by za nim samym określić jako jeden bytu: Założono jeden bytu, lecz / skąd tyle sprężeń i / rozprzężeń tej / jedynki? (Wola i dykcja.) Ja może myśleć o sobie jako jedynej zasadzie, tak jak np. jest to w jakimśtam transcendentalizmie Fichtego, jak jest to w filozofii jogi, kiedy się przyjmuje nie interpretację Wjasy, tylko wedantyjską, że istnieje jeden Purusza, tak jak Brahman. „Ja” jest tu nieuniknionym wyzwaniem, które zarazem nie pozwala myśleć o percepcji czy „rzeczywistości” jako chaosie. Co nie znaczy, że od razu pojawia się kosmos.

TCS: Mówiłeś o chaosie, który chaosem jako żywo nie jest i o kosmosie, który jako żywo się nie tworzy, czy jest nie do stworzenia, czy może jeszcze inaczej mówiąc – ani ta, ani tamta perspektywa Rybickiego nie interesuje.

PS: Chaos – to za mało, kosmos – jest nieosiągalny.

TCS: Chciałbym się zastanowić – myśląc właśnie w tych kategoriach – nad tym, jakie miejsce można by Rybickiemu wyznaczyć i uczynię to przywołując początek wiersza, który otwiera ten tomik, Coś -:

- z niedokreślonego
rozkształca się w doczuwalne,
może to ludz
kość z definicji,

kość ludu, jego
zamglony głosik głodu;

z braku perspektyw dla języka
zjawiska zostały nazwane tak:

coś takiego jak,
coś podobnego do,
coś.

Wydawałoby się, że wyznanie: z braku perspektyw dla języka i środki, którymi Rybicki posługuje się na samym początku tego wiersza, czyli zabawa słowem – najogólniej rzecz ujmując – neologizmy, paronomazje, wchodzenie w samą tkankę języka, języki potoczne, które się tutaj pojawiają na prawach poetyckich i z nich się czerpie, że to wszystko sytuowałoby Rybickiego z jednej strony w świadomości lingwistycznej (braku perspektyw dla języka właśnie), a z drugiej strony wpychałoby go to niemal naturalnie po takiej konstatacji w poetykę lingwistyczną. Wydaje mi się, że jest zgoła odmiennie. Dlaczego? Rybicki unika takiego sztywnego dookreślenia swojej poezji, świadomie ucieka od tego. Rybicki mówi „cość”, „kość”, „ludzkość”, bawi się tymi cząstkami...

PS: ...zabawa „ludz-kość” to jest w ogóle z Białoszewskiego, chyba z wierszy egipskich...

TCS: ...Białoszewski jest na pewno i jest Krynicki, o którym teraz chciałem powiedzieć. Można w tym miejscu przywołać wiersz stuk-puk (nic / ości / nie ma // ale coś / ć / ma / (być)), który zresztą czerpie z Białoszewskiego. W wierszu Coś - Rybicki ucieka od wymowy, jaką można by przypisać utworowi Krynickiego. Jego poezja nie jest zainteresowana wymiarem etyczno-metafizycznym, etyczną troską o to, co jest, nie jest poezją, badającą metafizyczne zagrożenia. Nie jest to także, co zapewne można by Rybickiemu przypisać z większą dozą prawdopodobieństwa, świadomość neolingwistyczna, czyli taka, która neguje istnienie świata na rzecz tekstu, tekstowego statusu rzeczywistości. Rybickiego żadna z tych perspektyw nie interesuje – ani chaos neolingwizmu, z którym ten chciałby się stopić, ani kosmos, który chciałby poświadczać chociażby Krynicki. Rybicki pisze – to zdanie otwierające kolejną część przywoływanego tu wiersza – Zwoje synaps, rozproszcie logikę. Jak by to można pomyśleć? Może dogodnym kontekstem mógłby stać się kontekst konstruktywizmu, postulującemu przecież, że nie mamy bezpośredniego i niezafałszowanego dojścia do rzeczywistości. „Realny” świat dostępny jest jedynie – by przywołać określenie Rybickiego – poprzez zwoje synaps, czyli tak naprawdę poprzez bodźce neurofizjologiczne docierające do mózgu, z których to dopiero układany jest i konstruowany – zawsze autopojetycznie – obraz rzeczywistości. Konstruktywizm byłyby więc może tym tropem, który, mówiąc o Rybickim, warto podjąć. Tym bardziej, że w zakończeniu wiersza Coś -pojawia się propozycja zabawy, polegającej na pomyśleniu człowieka na zasadzie cokolwiek (np. leksem człowiek pod względem zapisu / graficznego ewokuje leksem cokolwiek). Owa zabawa zostaje zaopatrzona w znaczący komentarz: każdy ma taki zasób słów, na jaki sobie zasłużył. Może jest tak, że poezja Rybickiego chciałaby być taką potencjalnością – zależącą od zasobu słów, od sposobów wypowiadania świata.

PS: Jak się wypowiesz, tak się skonstruujesz i tym będziesz.

TCS: Jak się wypowiesz o kimś, tak ten ktoś się pojawi.

PS: Inna sprawa, że on tu za wiele nie mówi o „kimś”...

TCS: ...uznaje, że tego kogoś nie ma, przynajmniej jeśli chodzi o pisanie (w wierszu ja-owo-ść paramantryczna ty-owa-kość czyli matematyka mówi wprost: pisanie jest / komunikowaniem / się z samym sobą / poza ty-owa-kością).

PS: Jest to tom, w którym kompletnie nie ma poezji miłosnej, pojawia się owszem seks, pojawiają się w tle uczniowie – wiadomo, że Rybicki był nauczycielem w szkole, ale głównie jednak „ja”.

TCS: Tak. Chciałbym jeszcze zadać taki pytanie: jeżeli nie jest to ten lingwizm „mocny”, który można by nazwać metafizycznym i nie jest to neolingwizm, który chciałby się roztopić w chaosie tego, co mówi tekst zamiast ukonstytuowanej podmiotowości, to chciałbym teraz poszukać czegoś, co można by powiedzieć na sposób pozytywny. Mam poczucie, że zamykanie tej poezji w klamrach formułek, pojęć wyjętych skądinąd, odzierałoby ją z tego, czym ona jest. Mając to zastrzeżenie w pamięci postaram się teraz poszukać owych pozytywnych określeń. To, co należałoby przede wszystkim powiedzieć, to że ta poezja jest nieustannym wypływaniem na akwen wyobrażeń, nie tyle wyobraźni, bo to by nas wpychało znowu w „ośmieloną wyobraźnię”...

PS: ...tu język jest tym doświadczeniom wyobrażeniowym podporządkowany, nie jest więc dla siebie.

TCS: To, co interesuje najbardziej chyba i w sposób zasadniczy owo „ja”, które bada tu samego siebie, swoją świadomość, swoją samość, swoje „się”, są owe wyobrażenia, ten styk z rzeczywistością, która później, w sposób wyobraźniowy, na zasadzie owego potencjalnego „zasobu słów” jest przekształcana, konstruowana. To rzecz podstawowa. Druga wiąże się z trzema określeniami, które można by wyjąć z samych wierszy i uznać za formuły opisujące całą poezję Rybickiego. Jedno pojawia się w różnych kontekstach, nigdy definitywnych i nigdy rzecz całą dookreślających i domykających. Myślę o pojęciu rozproszenia, które zjawia się już w pierwszym wierszu Coś -. Podmiot Rybickiego lubi być w rozproszeniu, lubi się odnajdywać w takich sytuacjach. Ale, znowu, owo rozproszenie nie ma nic wspólnego z chaosem, jest kategorią z zupełnie innej płaszczyzny. Druga kategoria to oscylacja, najsilniej pojawiająca się w wierszu Nikt mi nie zabroni. Ten wiersz szczególnie silnie do mnie przemówił. Czytam go jako szukanie takiej przestrzeni, która nie zostanie poddana opresji, w której nikt mi nie zabroni / słyszeć własnych synaps, tych styków z rzeczywistością, po których coś przedostaje się do magazynu z „zasobem słów”.

PS: Biologia tutaj styka się ze wszechświatem – zaczyna się od synaps, kończy na Wszechświecie, po drodze jest jeszcze oscypek, struś, ha ha ha...

TCS: To kolejna właściwość tej poezji, łączenie szalenie różnych sfer w ramach jednego zdania, jednej frazy, jednej śmiałej metafory.

PS: To jest ta śmiałość, o której próbowałem mówić, ktoś mógłby się zacząć zastanawiać, no dobrze, oscypek, synapsa, Wszechświat, co to w ogóle jest, a Rybicki na to „wali mnie to”, po prostu. „Nie kupujesz mnie, to odpadasz”.

TCS: Poezjomyślenie Rybickiego można by nazwać myśleniem na zasadach niekończącej się tautologii – mogę to „jedno”, nad którym się czasem zastanawiam, wypowiedzieć w nieskończonej ilości języków.

PS: On ma bardzo dużo rejestrów, mówiłeś o kolokwialnym, ale też techniczny, jakby spadek po awangardzie, przy czym jeśli tam było to „konstruktywne” ale nie „konstruktywistyczne”, to tu jest to tylko jedna z możliwości – cerebralność, symetryczność, systemowość, abstrakcyjność systemowa, metamatematyczność czy w ogóle meta-wszelkość.

TCS: Nazwałbym to, tak jak zresztą w moim mniemaniu cały ten tomik się zaczyna, wejściem na poziom meta.

PS: A mnie się on podoba najbardziej pod koniec, mniej więcej od Wiersza bez tezy, kiedy wchodzi w takie długie poematy, przy czym ja, co nie jest tajemnicą, nie lubię długich wierszy zazwyczaj, a tutaj to mi się podoba. Można mówić o pewnym surrealizmie. Nie mieliśmy w poezji polskiej dużo surrealizmu, ostatnio go też dużo nie ma, myślę, że Rybicki jest jednym z niewielu, którzy naprawdę mają elementy ècriture automatique, w którymś miejscu naprawdę mi się to bardzo kojarzyło z jednym z wierszy André Bretona.

TCS: Zdecydowanie pod koniec ten tomik zaczyna żyć odświeżonym życiem. Mówiliśmy o pewnym znużeniu, które przychodzi w środkowej części, pod koniec rzeczywiście pojawia się ożywcza nuta w tych długich wierszach.
"Dar lůzrů / Dar meneli", Ostrava 2014
fot.


"Motta robali", Mikołów 2005.
"Stos gitar", Warszawa 2009.
"Epifanie i katatonie", Mikołów 2003.
"Gram, mózgu", Poznań 2010.
"masakra kalaczakra", Poznań 2011


maj 2018: "Furmanka" w Gorzowie Wielkopolskim (znowu w towarzystwie Konrada Góry (kto tu kogo prześladuje?))

oraz

"Massolit" i Lynn Suh


www.listyzdrogi.pl - blog korespondencyjny, w zawieszeniu


www.protimluv.net - czasopismo literackie z Ostrawy, również wydawnictwo, w którym światło oglądają książki polskich autorów
www.instytutmikolo... - najciekawsze pod względem literackim miejsce na Śląsku, w Mikołowie
http://miloszbiedr... - blog poety osobnego z Krakowa
www.malyformat.com - nowe czasopismo krytycznoliterackie z Warszawy
www.kontent.net.pl - nowe czasopismo literackie z Krakowa

NIE ŻYJE "RITA BAUM"!!! NIECH ŻYJE!


Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie