Michał Kobyliński
Te miejskie legendy (Michał Kobyliński, "Gil Gilling") - Jakub Winiarski
Te wszystkie miejskie legendy tak kunsztownie opowiedziane przez Kobylińskiego, te wszystkie wyjścia z domu, wycieczki w miasto i poza miasto, spotkania, zagubienia, czasem ironiczne, a częściej melancholijne powroty do siebie o świcie – jak dobrze czyta się o tych przygodach. Przygodach czyich? Flaneura? Freaka i bon vivanta? Slamera rejestrującego obrazy świata z nadczułą precyzją kamery? Właściwie trudno jest jednym słowem stworzyć i określić figurę bohatera lirycznego tych wierszy, o którym najprościej byłoby pewnie powiedzieć: Gil Gilling. Albo po prostu: Michał. Być może zresztą nie ma potrzeby określać go jakąś formułą, nie one są w końcu ważne, lecz wiersze, które tym razem sprawiają radość i nie sprawiają zawodu. Bo są zwyczajnie piękne. Taka np. „Willa Nel”, proszę posłuchać: „Prosiłem: zostań (bym mógł cię porzucić, / zanim zgnuśnieję i nikt mnie nie zechce). / Wina jest we mnie – ty przestań się smucić / (dzisiaj się wszystko z pewnością przewróci). / Żadne zamiary nie będą już niecne - / już tylko prawda (bym mógł cię porzucić).” Baudelaire nie powstydziłby się tego wyczucia sytuacji między kobietą a mężczyzną, Verlaine i Villon nie powstydziliby się tego rytmu i rymu, Frank O’Hara zachwyciłby się bez dwóch zdań tą lekką, nowoczesna tonacją, tym kpiarskim mrugnięciem do czytelnika, który nie umie już słuchać o smutku, lecz który wciąż ma potrzebę przeżywać go słowami poetów, jeżeli nie starcza mu własnych. Myślę – i uważam, że trzeba to wprost powiedzieć – że w pewnym sensie wielu nie doceniało Kobylińskiego jako poety. Jego talenty inne przesłoniły prawdę i o tym talencie, poetyckim, który, jak teraz każdy będzie mógł się przekonać biorąc do ręki książkę, nie bez powodu pozwalał Kobylinskiemu wygrywać jeden slamerski turniej za drugim. Ta poezja jest po prostu żywa, naturalna, chciałoby się powiedzieć codzienna i zrośnięta z wielkomiejskim życiem. Ale nie traci nic ze swoich wielkich związków z poezją dawniejszą, której Michał, jak się okazało, jest wielkim znawcą i niepoślednim smakoszem. Co najmniej takim, jak trunków, miejsc podejrzanej jakości i niuansów kobiecego ciała. Smakoszem, który o tym, co lubi, potrafi pisać miłośnie. Tak jak np. w najlepszej bodaj strofie tradycyjnie skomplikowanej formalnie gazeli „Kwef”: „i stoję naga lecz jest kwef / dlatego o nic nie proś już / niech nas okryje zmierzch / i wtedy we mnie spójrz”. Inna strona liryki Michała Kobylińskiego to humor, dowcip, żart czasem subtelny (jak w puentach „Zrównoważonego doży do żony” czy „Targówka”), czasem ostrzejszy (jak w finale „Trzydzieści dziewięć i dziewięć”), zawsze jednak rygorystycznie poddany wymogom doskonałości formy. Muszę przyznać, że choć dość wnikliwie wczytywałem się zawsze w to, co Michał Kobyliński jako Gil Gilling publikował na Nieszufladzie, zaskoczyła mnie ta poezja, jej, jak to dobrze ujęła w okładkowym blurbie Agnieszka Wolny-Hamkało, „czarne wesołe miasteczko”. I jestem pewien, że ta liryka zaskoczy wszystkich, którzy sięgną po tę świetną książkę. Naprawdę, Baudelaire by się jej nie powstydził, a O’Hara pewnie się śmieje zza grobu. Gratulacje, Michał.

Michał Kobyliński, „Gil Gilling”, Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2006.
Michał Kobyliński
fot. Iza Smolarek


oprac. graf. Piotr Młodożeniec






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie