Tomasz Pułka
Winiarski: Paralaksa dla Poli Raksy (Tomasz Pułka, „Paralaksa w weekend”)
1.
Jak mogła być zadedykowana „Paralaksa w weekend”? Na pewno jedynie tak: „Poli Raksie dedykuję, usta na policzku odciskając”. Jakie mogła mieć motto? Zapewne wyłącznie to: „Potem suszenie.” (Ewa Lipska, „Drugi zbiór wierszy”). Skąd taka moja pewność w materii tak niepewnej jak dedykacje i motta? Stąd, że decyzje Rimbaudów, Mozartów i innych wcześnie artystycznie dojrzałych nastolatków muszą nosić to piętno, dawniej powiedzielibyśmy: boskie – piętno natchnienia, które z przypadku czyni konieczność. Konieczność czego? W wypadku Pułki: paralaksy, rzecz jasna. A co to jest paralaksa? Paralaksa to, jak podaje choćby wikipedia, efekt niepokrywania się dwóch obrazów wynikający z obserwowania obiektów z dwóch różnych kierunków. W szczególności paralaksa, czytamy, odnosi się do jednoczesnego obserwowania obiektów leżących w różnych odległościach od obserwatora lub urządzenia obserwującego, a objawia się tym, że obiekty te na obu obrazach są oddalone od siebie o odmienną odległość kątową lub też nachodzą na siebie na tych obrazach w odmiennym stopniu. – Czy ma się to jakoś do wierszy z drugiej książki Tomasza Pułki (ur. 1988)? Tak, o dziwo. W lirykach Pułki efekt paralaksy obecny jest stale: obrazy sugerowane przez poetyckie zdania nie pokrywają się, jak gdyby autor patrzył to z jednej, to z drugiej strony. Weźmy, by ujrzeć, jak to wygląda, na przykład wiersz pierwszy z książki, jego początek: „Mieliśmy klatkę po myszkach, zacznę / od końca: bardzo białe włosy dziadka, / kominy i czaple nad nim.” Są dwa obrazy? Są. Jest jednoczesne obserwowanie? Jest. Obserwator zmienia miejsce, jak gdyby obserwował to samo zdarzenie z dwóch różnych kierunków. Jak najbardziej, jeszcze w pierwszej linijce tak robi. I tak tu jest w licznych fragmentach, strofach, linijkach: Pułka jest konsekwentny. Nie tylko zresztą konsekwentny; on jest technicznie, poetycko bardzo dobry. I wspominam o tym nie, żeby go tylko chwalić, lecz także, aby powiedzieć przy tym, że ta techniczna biegłość idzie w parze z bardzo świeżym spojrzeniem. Tomasz Pułka, co chyba ciekawe, nie opisuje bowiem uczuć w ich postaciach skończonych, tj. bólu jako bólu, lęku jako lęku, radości jako radości, lecz – i to mnie w tej książce podczas kolejnych lektur uderzyło chyba najmocniej – Pułka oddaje muśnięcia, dotknięcia, opisuje – używając jego formuły z wiersza „Czytaj wszystkie – jak to jest, kiedy „wśród tych nakłuć, w plątaninie skurczów – będziemy rozmawiać.” Skoncentrowany jest przy tym – by posłużyć się jeszcze jednym cytatem, tym razem z „Wiersza dla Adama Grzelca” – na powiedzeniu tego, jak: „Piękne są rzeczy / opierające się dzierganym gestom, nitkom / wywleczonym na pełną pełnię, której, / co prawda, nie ma. Ale która kiedyś, raczkując, // będzie.” I jeśli jestem spokojny, że nie zaprowadzi Tomasza Pułki takie patrzenie w bezmyślny kwietyzm, to dlatego, że nieco dalej stwierdza ten młody poeta: „Jest w tym jakiś sprzeciw, na skórze, / pod skórą; daleko, wzdłuż tego, co jadalne.” I stwierdza też: „Bo są takie załamania, jak wtedy, gdy / ze światła do świata, jak od ciebie do mnie.” W jednym miejscu tego dialogującego z licznymi postaciami realnymi zbioru pokazuje też Tomasz Pułka wyraźniej, jakiego potraktowania klasyki możemy spodziewać się po nim na obecnym etapie jego twórczości. Myślę o wierszu „Niezobowiązujące siedem i pół minuty”, brzmiącym jak jazzowa wariacja na temat „Lokomotywy” Tuwima. Taki jest początek tej improwizacji: „Tutaj. I tędy. Z jednego na drugie, / najpierw powoli, jak żółw ociężale, / ruszyła palcem, lecz wciąż spałem // zmęczony campari. I jak mozaika na ścianie, / te wszystkie lśniące, apetyczne słowa: / rodzynki, sok z jabłek, wata cukrowa, / liście i szelesty, kot, który się chowa / pod stołem. Mruczy i miauczy. Wszystko / od nowa, przesunięte o cal. Tak można / bez końca, jeśli ciepła głowa i pal / licho, że niedokładnie.” I takim rytmem, swobodnie dojeżdża poeta do kwestii: „Powiedz kochanie: // Czy wciąż trwa twój okres? Przygotowań / do jutra, do kolacji w środku miasta” – a my widzimy, jak bawi Tomasza Pułkę ta jego paralaksa, jaką radość sprawia mu udowadnianie co chwila, że jesteśmy, przynajmniej niektórzy: „W końcu lepsi niż pepsi, pepsi i dziewczęta, / dziewczęta i hasz.”

2.
Opowiedziałem tę książkę z jednej tylko strony. Gdybym i ja chciał bawić się paralaksami, musiałbym wspomnieć jeszcze o kreacjach Tomasza Halfki, o pojawiającej się tu i ówdzie Jabłonce, czy wreszcie o tym, o czym tylko wspomniałem krótko: że to książka, jak mi się zdaje, pełna jawnych i ukrytych dialogów, odniesień, polemik. Na razie jednak zostanę przy tym jednostronnym odczytaniu „Paralaksy w weekend”. Z przyjemnością poczekam, co z wierszami Tomasza Pułki będzie się działo dalej.

Tomasz Pułka, „Paralaksa w weekend”, Portret, Olsztyn 2007.
Misia "a", Misia "b"
fot. Magda Dziadkowiec


"Rewers" - wyd. Mamiko 2006
"Paralaksa w weekend" - wyd. Portret 2007
"Mixtape" - wyd. SDK 2009
"Zespół Szkół" - wyd. ha!art (koniec czerwca 2010)


"Ściana Insana" - debiutancki tomik Wojtka Stępnia już do pobrania: http://ia310820.us.archive.org/1/items/cianaInsana/cianaInsana.pdf


Nowa, internetowa książka: http://ia311203.us.archive.org/3/items/ObiecywaRuskiWolnPolsk/ObiecywaRuski.pdf




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie