Tomasz Hrynacz
Grzegorz Tomicki: Skrzek ciszy, pęcherzyk powietrza, "FA-art" 4/05


Czym jest, w intencji autora, najnowsza książeczka poetycka Tomasza Hrynacza, informuje się czytelnika zaraz na wstępie: „Dni widzenia to książka z wierszami przebranymi lat 1997-2004. To opowieść o tym, że chce się nadążyć za tym, co przeżyte, bo to co zobaczone odeszło w wielkim stylu”. Otrzymujemy zatem od autora pewną, dość zresztą ściśle – jak na standardy języka poetyckiego – określoną dyrektywę, interpretacyjną wskazówkę, by nie rzec: zalecenie. Zabieg ten może, choć nie musi budzić zastrzeżeń. Może, bo czytelnik ma prawo czuć się wyzuty z przysługujących mu słusznie uprawnień do nakładania własnych kulturowych i osobistych doświadczeń na sensy i znaczenia podsuwane mu przez twórcę, resp. do interaktywnego negocjowania znaczeń podsuwanego mu tekstu. Nie musi, albowiem ten sam czytelnik może posiadać takie algorytmy lektury, tudzież własne koncepcje pojmowania utworu jako takiego, które potrafią skutecznie oprzeć się autorskim intencjom, samego autora umieszczając w hierarchii instancji nadawczych na miejscu bynajmniej nie najbardziej eksponowanym.
Można także owo wprowadzenie potraktować nie jako obligatoryjną wytyczną, lecz osobistą i uczciwą deklarację: tak oto poeta widzi świat i tego świata opisanie w poezji. Byłaby więc to taka sama interpretacyjna wskazówka, jak te zawarte implicite w samych wierszach – tyle że wyrażona explicite. Istotna jest tu, jak sądzę, dychotomia: zobaczone – przeżyte. Co zobaczone, wydarza się bez naszego udziału, choć na naszych oczach, dzieje się samo z siebie, z niewiadomych przyczyn i w równie ciemnych celach – lub też bez celu. Co przeżyte jest świadectwem naszego aktywnego udziału w tym, co się wydarza, jest samym rdzeniem życia, jest życiem samym, nurtem, którym płyniemy, próbując jednocześnie wytaczać kursy, nadawać tej podróży sensy i cele – i temu należy się właściwa uwaga. Można też trochę inaczej: co zobaczone, przeżyliśmy nieświadomie, bezrefleksyjnie, bezmyślnie: „Noc mija nas./ Oczy odwrócone są./ Milczą. Poniosą byle gdzie” (Jak zaklęte). Co przeżyte jest tym, co posiada znaczenie, które w nim odkryjemy lub które mu nadamy. „Trzeba to oglądać, po kawałku,// w odłamkach i bliznach,/ dotykać i wąchać, a potem połykać// pojedynczo te zjawy jawy” (Miasto, sfora dzikich chmur). Co przeżyte pozostaje w dialektycznej i mobilnej relacji (interakcji) z nami samymi, z tym, kim jesteśmy, kim się stajemy – kształtując, określając to, co przeżyliśmy i przeżywamy, sami jesteśmy określani i kształtowani: „Coś próbuje nas// zmienić, wtłacza się jak jutra przypływ. Zobacz i nazwij,/ potem będziesz władał i żadnych dodatkowych pytań” (Zadrapania). Przeszłość nie jest martwa, pamięć nie jest jałowym wspominaniem: co przeżyte, „próbuje nas zmienić” każdego dnia, w każdej chwili na coraz to nowe sposoby: być tego świadomym, nie poddawać się biernie, mieć w tym swój udział, zapanować nad tym w możliwie największym stopniu – oto cel, jaki sobie wyznacza podmiot tych wierszy (ażeby, notabene, nie zmienić się w przedmiot).
Dlatego też przeszłość wymaga, aby za nią „nadążać”. Bo co było, „wtłacza się jak jutra przypływ” i ma wpływ na to, co będzie. Aczkolwiek całkowite „zawładnięcie” nad tym procesem jest niemożliwe i wszelkie zdania na ten temat mają charakter ironiczny, tj. świadomie wyrażają spełnienie niespełnialnego, jak w cytowanym już fragmencie: „Zobacz i nazwij,/ potem będziesz władał i żadnych dodatkowych pytań”. Czy w takim na przykład: „Posiąść to, co się zdarzyło. W formie/ planu albo krótkiej notatki. Na koniec/ podać informacje o miejscu, czasie, osobach” (Jedna wskazówka ciemniejsza od drugiej). Co się zdarzyło zatem „posiąść” można jedynie iluzorycznie, w formie kalekiej, schematycznej, uproszczonej („plan”, „krótka notatka”), a tym samym fałszywej. Przedsięwzięcie Tomasza Hrynacza zatem jako poety jest typowo, a jakże, poetyckie: wyrazić niewyrażalne, albowiem zamiast „planów” i „krótkich notatek” autor przedstawia nam wiersze, aby „zakląć/ wszelkie żywioły w skrzek ciszy, pęcherzyk powietrza” (Tak), ze skutkiem jednakowoż podobnym, choć w stylu, przyznajmy, o ileż piękniejszym.
Być może jednak gra toczy się o większą stawkę. Nietzsche powiada: „Kto nigdy nie osiadł na progu chwili, zapomniawszy o całej przeszłości, kto nie umie stać w punkcie, jak bogini zwycięstwa, bez zawrotu głowy i trwogi, ten nie dowie się nigdy, co to szczęcie”. Brzemię czasu, przeszłości i pamięci niezmiernie człowiekowi ciąży i chętnie byłby się go pozbył, chciałby „żyć podobnie zwierzęciu [przywiązanemu swą przyjemnością i przykrością do kołka chwili], ani w tęsknocie, ani w boleści, a przecie chce tego daremnie, gdyż nie chce być jak zwierzę”. Człowieczeństwo ma swoją cenę i trzeba ją płacić: człowiek żyje istnieniem, które „jest jeno nieprzerwaną byłością, rzeczą, która tym żyje, że neguje i strawia samą siebie i samej sobie zaprzecza”. Przeszłości wyrzec się nie można, owo wyrzeczenie byłoby zaprzeczeniem istoty człowieka – wyrzeczenie się mocy zapominania natomiast to druga skrajność, której wynikiem byłoby życie niemożliwe: „Wyobraźcie sobie przykład najskrajniejszy, człowieka który by nie posiadał zgoła mocy zapominania, który by był skazany widzieć wszędzie stawanie się: taki nie wierzy już we własne istnienie, nie wierzy już w siebie, widzi, jak wszystko rozpływa się w punkty ruchome i zatraca się w tym strumieniu stawania się: w końcu jak prawdziwy uczeń Heraklita, ledwo waży się podnieść palec”. Kto się naprawdę zmaga z „byłością”, ten musi bez końca wartościować i przewartościowywać, wyrzekając się wszelkich metafizycznych zabezpieczeń, ten stawia na szali własne jestestwo. Kto robi sobie tylko przerwę w teraźniejszości, kto sobie tylko wspomina i przy okazji ma z tego wiersze, ten jest zabezpieczony, że tak powiem, od przodu i od tyłu. Wiersz Na tyłach dniach można odczytać stosując dowolną z powyższych perspektyw: „Ostatecznie// wrócimy, porównamy tył z przodem, by trupie/ rzeczy raz jeszcze zakopać. Ktoś musi// przecież sprawić, że drzwi będą otwarte,/ a udeptana glina nie porośnie siwizną”. Ta podwójna perspektywa jest niewątpliwym zwycięstwem sztuki nad (wszelką) ideologią.
Ale można też wyjść z opałów metodą znaną od starożytnych, a nieco później nazwaną „deus ex machina”: „Chcieć wierzyć, że wszystko jest cudem” (Pory roku); Nie wątpić nadaremno (tytuł wiersza); „Nie wypominać, zawierzyć. Od pierwszej chwili” (Dedykacja: niebu); „wszystko boski porządek. Jeśli tak, to nie ma potrzeby objaśniać więcej. Koniec”(Rysy i krople). Koniec, zaprawdę. Bo jakże tu się zmagać z boskim porządkiem, jakże pragnąć nim władać?
Wszak to nie tylko nadaremno.
Tomasz Hrynacz
fot. Tadeusz Szarwaryn


"Zwrot o bliskość", Kraków 1997
"Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych", Sopot 1999
"Rebelia", Wrocław 2001
"Prędka przędza", Szczecin 2010
"Przedmowa do 5 smaków, Szczecin 2013


Najnowsze wiersze:
"Helikopter" 11/2015
"Fraza" 3/2015
"Odra" 12/2015
"Twórczość" 12/2015
"Topos" 6/12




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie