Krzysztof Śliwka
Grzegorz Tomicki - Anarchia to porządek


Nową książeczkę z wierszami Krzysztofa Śliwki otwiera motto z Proudhona: „Autorytet, rząd, władza, państwo – każde z tych słów oznacza to samo – środek nacisku i wyzysku… Ktokolwiek kładzie na mnie rękę, aby mną rządzić, jest uzurpatorem i tyranem – uważam go za swego wroga”. Myśl radykalna, obrazoburcza, niebezpieczna, ekscesywna, obronno-zaczepna, krotochwilna, nieodpowiedzialna?
Pierre Joseph Proudhon, francuski teoretyk anarchizmu, jest także autorem innych, może nawet bardziej skandalicznych bon motów: „Bóg i król, Kościół i państwo – oto z duszy i ciała wieczna kontrrewolucja...”. W kraju nad Wisłą coś takiego by raczej nie przeszło. Choć znów twierdzenie, iż „rząd to plaga, kara dla ludzkości”, spodobałoby się zapewne pod różnymi szerokościami geograficznymi, jeżeliby podać je w odpowiednio przyprawionym, populistycznym sosie.
Niektóre futurystyczne pomysły Proudhona mogą brzmieć dzisiaj – w dobie galopującego neokapitalizmu – niemal proroczo, choć bynajmniej nie mesjanistycznie: „Na miejsce armii stałych – kompanie przemysłowe. Na miejsce centralizacji politycznej – centralizację ekonomiczną. Na miejsce rządu – organizację przemysłową”. Czy nie ku czemuś podobnemu zmierza aby współczesny świat? Nie jestem tylko pewien, czy autorowi Wyznań rewolucjonisty realizacja jego postulatów rzeczywiście przypadłaby do gustu. Czy bowiem „kompanie przemysłowe”, „centralizacja ekonomiczna” i „organizacje przemysłowe” nie robią dzisiaj za „autorytet, rząd, władzę, państwo”, a więc za „środki nacisku i wyzysku”, którym się tak przeciwstawiał?
Zawsze miałem anarchistów za szlachetnych idealistów, którzy mają z jednej strony nadmiar wyobraźni, z drugiej zaś jej niedobór. Nadmiar ów polega na tym, iż miewają oni takie wizje rzeczywistości, które tzw. normalnym ludziom nigdy nie przyszłyby do głowy. Niedobór natomiast wyraża się w tym, iż nie są oni wstanie wyobrazić sobie wszystkich konsekwencji, które pociągałaby za sobą realizacja ich społecznych projektów – mam na myśli pewne niepożądane skutki uboczne, które z kolei z łatwością przewidują tzw. rozsądne, a tym samym cokolwiek bojaźliwe jednostki.
Jakkolwiek by się sprawa z wyobraźnią anarchistów nie miała, uważam ich istnienie nie tylko za mało niebezpieczne, ale wręcz pożyteczne. Dlaczego? Po pierwsze, ich odważne zamysły mają z reguły marne szanse na urzeczywistnienie, co oznacza, że prawdopodobnie nie będziemy musieli poznawać nieprzewidzianych i niepożądanych konsekwencji wprowadzenia ich w życie. Po drugie, są to ludzie myślący w kategoriach społecznych, nie zaś egoistycznych czy merkantylnych, co dzisiaj należy raczej do rzadkości. Po trzecie, sam jestem anarchistą, aczkolwiek mało poważnym i niekonsekwentnym. Po czwarte, anarchiści należą do mniejszości, a mniejszości mają u mnie fory. Po piąte, może najistotniejsze, ich sposób widzenia świata stanowi wielce pożądaną przeciwwagę dla wielu innych ideologii, za pomocą których inni ludzie usiłują zaprowadzać porządek w naszym życiu.
Z tych to między innymi powodów, kiedy czytam u Proudhona: „Ale niech nam nie mówią o religii państwowej ani o religii większości, ani o kulcie płatnym z urzędu, ani o kościele gallikańskim, ani o republice nowochrześcijańskiej”, to bardziej niż obawę, odczuwam raczej jakiś rodzaj orzeźwiającej ulgi, że ktoś jednak ma na tyle odwagi i wyobraźni, aby myśleć inaczej niż większość. I kiedy czytam w wierszu Śliwki: „Koniec końców i tak wszystko kończy się / Na starcie, więc nie pierdolcie, / Że bóg, że honor, że ojczyzna. / Tu potrzebny jest holocaust / Albo inny mentalny kataklizm”, to mnie bynajmniej te słowa nie bulwersują, lecz bezwzględnie krzepią: oto ktoś, kto nie oglądając się na formy, konwencje i konsekwencje bezkompromisowo i bezinteresownie wyraża swój stosunek do rzeczywistości i systemu, który ją wytwarza.
I robi to poniekąd w moim imieniu. Bo jeżeli chodzi o rzeczywistość – taką, jaką mamy – to ja też jestem przeciw. Bo niby staram się z nią jakoś godzić, ale kiedy pomyślę, o ile byłoby znośniej, spokojniej, a nawet piękniej żyć na tym świecie, gdyby było więcej takich robaczywych śliwek jak Krzysztof Śliwka czy, nie przymierzając, ja sam, to po prostu szlag mnie trafia. Szlag mnie trafia, że muszę godzić się na to, że istnieją rozmaite rasizmy, nacjonalizmy, antagonizmy, homofobie, egoizmy i egotyzmy, manie większości, uprzedzenia, agresywne i zaściankowe ideologie i cały ten psychospołeczny syf, który bierze się głównie z tego, że ludziom nie staje dystansu do samych siebie i swoich przekonań, przez co uważają, że wszyscy jak jeden mają rację, a więc że cała reszta jej nie ma. A przecież nawet sześcioletnie dzieci wiedzą, że „głębokie przekonania” to tylko wytwór stronniczej działalności naszego ego, a nie prawda, racja czy wartość absolutna, których mienimy się szlachetnymi obrońcami (pewien pomysłowy słownik podaje, że „przekonanie to każde zdanie zaakceptowane jako prawdziwe pomimo nieprzekonujących dowodów”).
Tak więc kiedy się nieopatrznie zbyt mocno nakręcę, rozmyślając nad porządkiem i nieporządkiem rzeczywistości, dla higieny psychicznej odkręcam się przy pomocy takich przykładowo enuncjacji: „Generalnie, jebią mnie sprawy tego świata. / Póki co, chciałbym być jak ten chłopak / W czarnej bluzie z napisem CHUPA CHUPS, / Który beztrosko macha rękami / I nuci pod nosem coś w stylu gangsta”. Człowiek przeczyta i od razu lżej mu na duszy. Oto ktoś, kto nie chce nikogo naprawiać, przeanielać i nawracać, a jedyne, czego oczekuje od bliźnich, to wzajemność w tym względzie. Ale właśnie na tę wzajemność liczyć nie może: „Nigdy nie czytałem Koranu. Nauki Buddy są mi obce, / Chociaż zdarzają się wyjątki. Biblię przekartkowałem pobieżnie, / Bez większego zainteresowania. Generalnie: mam przesrane. / Katole mi tego nie wybaczą. Reszta świata też odwróci się plecami. //Aż obrócę się w proch i nikt już nie wkurwi się na mój widok”. Dlaczego ludzi uwiera samo istnienie kogoś, kto zupełnie niczego od nich nie chce?
Odpowiedź jest dość prosta: ponieważ żyją oni w określonym porządku społecznych powinności i oczekiwań, na który się godzą, który reprodukują i który wyznacza horyzont sensu ich życia. Każdy więc, kto porządek ten podważa – żyje w nie-porządku – stawia pod znakiem zapytania podjęty przez nich (podmiotowo lub nie) sposób bycia-w-świecie, a więc także sam sens ich egzystencji.
Jeżeli jednak większość czuje się zagrożona przez nieliczne jednostki, to o ile gorzej przedstawia się sytuacja samych tych jednostek? Jak ją znoszą? „W pewnym sensie każdemu z nas, / Od czasu do czasu, wali na dekiel, przestawiają się / Zwrotnice i sypią iskry z przewodów trakcyjnych. / W skrajnych przypadkach znikamy z pola widzenia // Jak pingwiny, które oddalają się od kolonii / W głąb lodowego interioru, na pewną śmierć”. Widziałem takie przypadki na filmach i muszę powiedzieć, że jest to wyjątkowo dołujący widok: samotny pingwin odwraca się od grupy i w jakimś irracjonalnym widzie oddala się w bezkres, nieskończoność, nicość, zupełnie sam. I idzie na pewną śmierć.

Tomikowi towarzyszy zamieszczony na skrzydełku komentarz Anny Kałuży: „Na wiele sposobów można by uzasadniać, że książka Budda Show Krzysztofa Śliwki ustanawia się pod znakiem niewinnego pisania. Wystarczy jednak, jak sądzę, argument taki: szczęśliwie odnajdujemy tu poszukiwaną niewinność pisania, ponieważ Śliwka nie dostarcza nam czegoś, co szybko udałoby się rozpoznać jako literaturę, poezję czy wiersz. Budda Show – piękny obraz niewinności pisania – pulsuje marzeniem młodości, erotyczną radością i prawdziwym rozkołysaniem słów”. Bardzo piękna myśl i można by ją z grzybkami podać. Niestety, moim zdaniem, w dużej mierze bałamutna. Nie jestem pewien, co mogłoby stanowić antonim trzykrotnie wymienionego przez autorkę „niewinnego pisania” – pisanie winne, zbrukane, grzeszne? Zapewne chodzi tu o pisanie zagmatwane, hermetyczne, nie wprost, żonglujące metaforami i (auto)ironiczne. Takie, które uzasadnia istnienie ekspertów od literatury jako tłumaczy z polskiego na nasze.
Krytyczka zatacza swoiście literaturoznawcze koło: wychodzi od literatury (niewinne pisanie, obraz, literatura, poezja, wiersz), zahaczając nieznacznie o tzw. życie (marzenia młodości, erotyczna radość), po czym powraca do literatury (rozkołysanie słów). Tymczasem w moim mniemaniu porządek ten należałoby raczej odwrócić: Śliwka (bo przecież żaden literacki podmiot) wychodzi od własnej egzystencji, po drodze staje się autorem i używa literatury, po czym bogatszy o to doświadczenie (wraz z jego literackim opracowaniem) wraca do życia. Tu bowiem w ogóle nie chodzi o pisanie i literaturę, ale o życie. Jest to jasne dla każdego, kto nie jest „miłośnikiem” lub „znawcą” literatury, lecz ciekawi go po prostu drugi człowiek (pomyślałby kto, że autor istnieje po to, aby czytelnik miał co czytać w długie, jesienne wieczory albo, co gorsza, aby dawać zajęcie badaczom owadzich nogów).
Autorowi Buddy nie chodzi bynajmniej o robienie rewolucji w literaturze ani się z nikim w tej dyscyplinie nie ściga. W tym sensie rzeczywiście można uznać, że jest to pisanie „niewinne”, ale to sprawa drugorzędna. Pierwszorzędną natomiast jest kwestia anarchizmu i anarchii, zarówno w wymiarze społecznym i ideologicznym, jak i – zwłaszcza – egzystencjalnym. To zaś nie są sprawy dla słabych portek (tj. literaturoznawców i miłośników). W praktyce życiowej Krzysztofa Śliwki – której ślady odnajdujemy w wierszach – nie ma niczego niewinnego, choć w pewnym sensie o zachowanie niewinności rzeczywiście idzie tu gra. Jest ona też bardziej poważna i ryzykowna od tej, którą podejmują teoretycy pokroju Proudhona. Śliwka afirmuje bowiem nie ideologiczny czy teoretyczny anarchizm, lecz egzystencjalną anarchię. Polega ona na przekonaniu, że wszelkie sposoby organizowania ludzkiego doświadczenia – ideologie, idee, religie, mitologie – są tylko myślowymi konceptami, abstrakcjami, iluzjami, które nie są w stanie zagwarantować nam tego, co najistotniejsze: radości istnienia, zwykłej satysfakcji z życia, choćby najpośledniejszej. „Życie i tak obali nasze frajerskie konstrukcje”, jak by powiedział Wienia Jerofiejew.
Nie zgadzam się zatem z tym, iż „książka Budda Show Krzysztofa Śliwki ustanawia się pod znakiem niewinnego pisania”. Jeśli w ogóle się ona „ustanawia”, to raczej pod znakiem bolesnego przekonania, że wszelkie nasze racjonalne i irracjonalne projekty – choć żyjemy nimi na co dzień – ostatecznie zdają się na nic. Musimy liczyć na szczęście lub cud: „Cuda się zdarzają”. Są one jednak zupełnie niezależne naszych działań, planów, zamierzeń czy życiowych strategii: „Oświecenie to kwestia odpowiednio / Dobranych proporcji. Co wam po sutrach, / Uroczystych ceremoniach, żarliwych ascezach? / Staczajcie się każdego dnia. Łamcie prawo. / Ćwiczcie obywatelskie nieposłuszeństwie. // A nuż się uda”. Czy będziemy szli drogą kariery, prawdy czy oświecenia, czy też przejdziemy przez życie „bez napinki” i bez żadnej idei przewodniej, o niczym to nie przesądza, niczego nie zapewnia. Życie bowiem nie jest sprawiedliwe i nie nagradza cierpliwych, pracowitych czy rozumnych, lecz daje i odbiera wedle kaprysu.
Co można wyrazić także ironicznie: „Zacznijmy od wypalania traw, puszczania latawców, / Usypywania mandali albo układania domków z kart. / Jeśli się nie uda, połóżmy się na wznak i wyczekujmy / Na sygnał z Kosmosu. Tego nie sposób przeoczyć”. I jeden z najmniej budujących – a może przeciwnie? – najbardziej natomiast sugestywnych przykładów: „Kiedy znaleźli go sztywnego / Na parkowej ławce, wyglądał tak, jakby szczęście wkradło się // W jego życie przez zupełny przypadek”. Słowem, „nasze sposoby na życie” to iluzje i „chujnia”, bo szczęście i nieszczęście ostatecznie zależą od nie wiadomo czego, a o resztę nie warto się starć. Niewinne pisanie? Raczej egzystencjalna anarchia co się zowie. Poletko bynajmniej nie literaturoznawcze.
Natomiast co do anarchizujących fantazmatów spod znaku Pierre’a Josepha Proudhona, to jestem jakoś dziwnie spokojny, że gdyby tacy anarchiści jak Krzysztof Śliwka objęli jakimś cudem władzę nad światem, to nie pogrążyłby on się w totalnym chaosie, dezintegracji i degrengoladzie. Wyobrażam sobie raczej, że życie byłoby zwyczajnie mniej bolesne. „Anarchia to porządek”, jako rzecze Proudhon. Kto wie, może nawet wyższy czy też prawdziwy porządek? Tymczasem jednak sprawy mają się zupełnie inaczej. „Coraz trudniej uwierzyć w ten porządek świata” – tak rozpoczyna swoją opowieść Śliwka. Ja ją tak kończę. Jak powiedziałem, płynie we mnie anarchistyczna krew.


Krzysztof Śliwka, Budda Show, Wojewódzka Bibliotek Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2012
Krzysztof Śliwka
fot. Karol Krukowski


Niepogoda dla kangura - 1996
Gambit - 1998
Sztuka koncentracji - 2002
Dżajfa & Gibana 2008
Budda Show, 2013






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie