Krzysztof Śliwka
Marta Koronkiewicz – W głąb interioru

Ostatnią książkę poetycką Krzysztofa Śliwki zamykają dwa krótkie cykle wierszy: Lower Silesia Blues i [punk poem], pierwszy poświęcony pacjentom szpitala psychiatrycznego, drugi – początkom dolnośląskiej kultury punkowej. Pierwszy z nich obejmuje cztery, drugi osiem wierszy, oba dość wyraźnie różnią się od reszty książki, oba też są chyba tej książki najlepszą częścią. Co jednak szczególnie ciekawe, wydaje się, że pisząc je, Śliwka pakuje się w znaną pułapkę, że wiersze upamiętniające znanych autorowi wariatów i muzyków punkowych muszą otrzeć się o kicz czy sentymentalizm. Śliwka jednak pułapkę obchodzi, i sam ten manewr okazuje się tak frapujący, że cały cykl warto przeczytać osobno, poświęcając mu szczególną uwagę.
Na początek pozbierajmy wrażenia. Pierwszy cykl przywodzi na myśl tradycyjne amerykańskie ballady o szaleńcach i mordercach, w podobnym stopniu łączą się tu czarny humor, groza i liryzm. Bardzo interesująca (i zbieżna z tym gatunkiem) wydaje się niejasna perspektywa, z jakiej mówi narrator – równocześnie wewnętrzna (zza murów psychiatryka) i zewnętrzna (kim może być „obiektywny” obserwator w szpitalu psychiatrycznym? po czyjej jest stronie?). Taka konwencjonalizacja (podkreślona przez tytuł) powoduje, że czytelnik odnajduje właściwą pozycję wobec bohaterów Śliwki – czuje, że ma prawo na nich patrzeć. Choć trochę go śmieszą, trochę się ich obawia, przede wszystkim jednak w tej małej galerii obłąkańców widzi – dzięki poecie – coś, co być może dla samych bohaterów było nieznane, coś, co dodaje im nowego wymiaru: jakiś rodzaj kąśliwego poczucia humoru, prawdy ujawnionej poniewczasie, na przykład po śmierci („wyglądał tak, jakby szczęście wkradło się/ W jego życie przez zupełny przypadek”). Wiersze z drugiego cyklu są bardziej złożone, bardziej zastanawiający jest ich mechanizm. Śliwka ryzykuje dwukrotnie: pierwszy raz, decydując się na ton wspomnieniowy, niemal kombatancki, przywołując kolejnych bohaterów znanych tylko z ksywy i sposobu, w jaki umarli; po raz drugi, gdy decyduje się sięgnąć do konkretnych, wynikających ze wspomnieniowego tonu rejestrów języka: do słownictwa z grypsery i gwary młodzieżowej lat 80. Śliwka sprawdza, jak dzisiaj może jeszcze pracować język zapomniany, raczej śmieszny niż egzotyczny, niby pamiętany, choć obcy. W pewien sposób jego próba przywodzi na myśl pomysł Michała Witkowskiego z Drwala, w którym jedna z bohaterek mówi językiem PRL-owskich powieści dla młodzieży. Skojarzenie to nie jest tak przypadkowe, jak mogłoby się wydawać – Karol Maliszewski pisał niedawno o predylekcji Śliwki do konwencji przygodowej, o awanturniczej żyłce jego poezji. Bohaterowie [punk poem] z powodzeniem mogliby pojawić się na kartach powieści dla nastolatków, portretującej trudy dojrzewania i konsekwencje autodestrukcyjnych odmian młodzieżowego buntu (jak w tym fragmencie: „Potem szliśmy na flipery albo na cmentarz, gdzie bok/Poniemieckich mogił dzieliliśmy się po równo «Różą Kłodzką»”).
Dzisiaj tzw. rasowe punki (polskie oczywiście, tradycji brytyjskiej czy amerykańskiej nie ma potrzeby tu poruszać) funkcjonują jako element historii obyczajowej PRL, temat pracowań z socjologii i historii (kontr)kultury, gitowcy przestali być subkulturą, o poppersach zapomniano całkowicie. Z dostępnych opisów można sobie odtworzyć tylko dość karykaturalne, kreskówkowe wizerunki przedstawicieli wszystkich grup. Z takim wyobrażeniem Śliwka siłą rzeczy musi się zmierzyć, uratować się przed socjologiczno-kombatancką kreskówką. Decyzja, by zrealizować to zadanie przy pomocy szczególnego języka, jakim jest slang więzienny, wydaje się równie konsekwentna, co samobójcza. Rzadko slang okazuje się interesującym, „działającym” materiałem dla wiersza, zwłaszcza zaś slang subkultury – żywy i traktowany serio tylko w jej ramach, ulegający przeterminowaniu w galopującym tempie. Śliwka wychodzi ze starcia zwycięsko – [punk poem] zaskakuje subtelnością, nie sposób odebrać go jako próbę epatowania czytelnika tym kulawym i brzydkim słownictwem; konieczność wpisania niektórych wyrazów w wyszukiwarkę internetową nie sprawia o dziwo, że czytający odbija się od tekstu. Śliwka nie podsłuchuje swoich bohaterów, nie stara się wplatać grypsery w wiersz tak, by wyglądała jak zasłyszana, przyciągająca ułomnością wstawka z „języka ulicy” – pisze tak, jakby ten język należał też do niego, pisze nim na poważnie. I nie jest to chyba próba autentyzmu – wręcz przeciwnie, mamy tu nieistniejącą czy zanikającą rzeczywistość i nierealny język, coś w rodzaju nagle ujawniającego się lirycznego, malowniczego wymiaru tragicznych i nieładnych życiorysów.
Poeta przyjmuje pozycję świadka, który przetrwał, by opowiedzieć historię – i nie ma w tym jeszcze nic odkrywczego. Jego opowieść ma charakter ewidentnie mitologizujący, wynika częściowo z nabudowanej już legendy (czy z ukutego stereotypu, co może na jedno wyjść), trochę tę legendę stara się uspójnić, dodać jej lirycznego wymiaru. Trochę to kronika zapowiedzianych śmierci, trochę rekonstrukcje początków i pierwszych razów. Albo inaczej: rekonstrukcje pierwszych zapowiedzi, sygnałów końca.
Choć bohaterowie tych wierszy są raczej przewidywalni (tak jak ich klasyczne ksywki i malownicze zgony), Śliwce udaje się w każdym z tekstów uchwycić charakterystyczny, niezwykły moment ich egzystencji, najlepiej opisany w Interiorze, który pojawia się we wcześniejszej części książki: „W pewnym sensie każdemu z nas,/ Od czasu do czasu, wali na dekiel, przestawiają się/ Zwrotnice i sypią iskry z przewodów trakcyjnych,/ W skrajnych przypadkach znikamy z pola widzenia// Jak pingwiny, które oddalają się od kolonii/ W głąb lodowego interioru, na pewną śmierć”. Tak wygląda to w wierszu 3.:

To musiało się tak skończyć: Zeto zaczadził się na melinie
Po kolejnej ostrej balandze. Kiedy nie pił, dziarał najlepsze
Tatuaże w mieście. Potem wpadał w cug i dostawał korby,

Jak wtedy, na „Trójce”. Patrzyliśmy jak się oddala
Chwiejnym krokiem w stronę osiedla, bierze do ręki
Pokaźnych rozmiarów kamień i rozbija nim szyby

Stojących na parkingu aut. To się musiało tak skończyć:
Mandala na prawym ramieniu wyblakła i straciła kontur,
I już nie cieszy jak pogo na koncercie Disorder.

Jak Ćwiara z wiersza 4., który „Czasami/Pojawiał się na koncertach z woreczkiem butaprenu w dłoni, Albo uchem przebitym agrafką/[...] Bujał się na włamy, nosił w tylnej kieszeni grzebień/ I lusterko z podobizną Giny Lollobrigidy”, jak Siwy z 5., który „wszedł do zakładu fryzjerskiego i kazał ogolić się na pasek.// To było jego rytualne przygotowanie do zadymy z poppersami”. Żeby zrozumieć, na czym polega wspomnieniowy ton wierszy Śliwki, trzeba najpierw powiedzieć o sposobie, w jaki [punk poem] powstawał. Mniej więcej od stycznia 2010 r. w dzienniku przy profilu poety w portalu Literackie.pl zaczynały się pojawiać notki wspomnieniowe o kolegach z zespołu Kara Śmierci (w którym poeta grał w latach 1982-1984), pisane najczęściej z powodu ich zgonów. Pojawiały się też linki do zamieszczonych na You Tube nagrań (wiersz 7. składa się wyłącznie z linka). W październiku 2010 r. Śliwka opublikował taki zapis: „Pierwszy poszedł garować Siwy. Zapuszkowali go w Uhercach. Pojechaliśmy z Lejskim na widzenie, ale nas nie wpuścili. Nie było nas na liście. No i chuj. Drugiego zgarnęli Dżygita. Zanim trafił do pierdla waletował u mnie na kwadracie. Jarecka nie protestowała. Wiedziała, że Dżygit od tygodni komarował w osiedlowej piwnicy. Wychodził rano i wracał wieczorem. Bujał się po mieście, kirał budyń i kipiszował kontenery na śmieci. Pewnej nocy Dżygit nie przyszedł. Pomyślałem, że wrócił na chawirę, do zgredów, którzy wyrzekli się go jak tylko skończył osiemnastkę. Dopiero nad ranem obudził mnie cichym pukaniem w balkonową szybę. Był oblepiony gliną i krwią. Kyrie, elejson! Ja pierdole – powiedziałem. A może tylko tak pomyślałem. Dżygit nawijał coś o zajebanym z parkingu maluchu. Nie wyrobił na zakręcie i wjebał się centralnie w drzewo. Potem wracał świeżo zaoranymi polami do miasta. Tracił przytomność, a jak już ją odzyskiwał, to czołgał się, szedł na czworakach, byle dalej od miejsca wypadku. Czuł na plecach oddech gliniarzy i ich tresowanych psów. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. I co ja teraz z tobą, kurwa, zrobię? Dżygit leżał plackiem na dywanie, a ja pochylałem się nad nim jak Maria nad swoim Synem. Zdjąłem mu z pleców nabijaną ćwiekami skórę. Obmyłem twarz wilgotnym ręcznikiem. Zanim zasnął ściągnąłem mu ujebane jak święta ziemia spodnie i welury z Krapkowic. Jeszcze tego samego dnia pojawił się u jareckiej wujek Staszek. Przez uchylone drzwi słyszałem jak kwilił, jak się żalił nad swoim losem. W nocy jakiś skurwysyn ukradł mu auto, na które odkładał całe życie. Milicja po rutynowych czynnościach obiecała złapać złodzieja. On jednak wolał szukać sprawcy na własną rękę, choć było wiadomo, że wróci do domu, wskoczy w kapcie, skuli ogon i na otarcie łez puści sobie pocztówkę dźwiękową z Love me tender, patrząc w zdjęcie Elvisa stojące za szybą meblościanki. Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Obyśmy nigdy nie skończyli jak wujek Staszek. Dżygitowi to nie groziło. Chrapał. Wracał między żywych. Kilka dni później poczuł się na tyle dobrze, że włamał się do stojącego na poboczu tira i zanim zdążył uruchomić silnik już go przydybała mentownia. Dostał dwa lata. Kiedyś mi powiedział, że woli siedzieć w pudle niż być na wolności. Tam przynajmniej ma własne kojo i ciepłą szamkę”. Prozatorskie wspomnienie dzięki skreśleniom i cięciom do [punk poem] wchodzi jako wiersz 2.:

Pierwszy poszedł garować Siwy. Zapuszkowali go w Uhercach.
Drugiego zgarnęli Dżygita. Zanim trafił do mamra waletował
U nas na kwadracie. Jarecka nie protestowała. Wiedziała,

Że Dżygit od tygodni komarował w osiedlowej piwnicy.
Wychodził rano i wracał wieczorem. Szwendał się po mieście,
Kirał budyń i kipiszował kontenery na śmieci. Aż do momentu,

Kiedy podprowadzonym maluchem nie wyrobił na zakręcie.
Biegnąc przez świeżo zaorane pola, czuł na plecach oddech
Gliniarzy i tresowanych psów. Jakby tego było mało, kilka dni później

Włamał się do stojącego na poboczu tira. Dostał dwa lata.
Kiedyś mi powiedział, że woli siedzieć w pudle niż być
na wolności. Tam przynajmniej ma własne kojo i ciepłą szamkę.

Pierwotny tekst został pozbawiony narracyjnej płynności, wycięto wszystkich bohaterów poza jednym (Dżygitem), usunięto fragmenty ironiczne czy humorystyczne. Zostało tylko kilka kadrów, z których wyłania się lekko naszkicowany portret kolejnej postaci odchodzącej w głąb interioru; tylko decydujące momenty, kiedy „przestawiają się zwrotnice”.
Mottem do cyklu Śliwka uczynił zdanie z historiografa i badacza punku, Grega Graffina, w którym określa on punk pragnieniem utrzymania się na granicy między społecznym automatyzmem a zwierzęcą bezdomnością. Autor Dżajfy & Gibany ratuje się przed wszystkimi niebezpieczeństwami podjętego przedsięwzięcia, w pewnym sensie wyzyskując kreskówkowy wizerunek bohaterów. Zabieg, którego dokonuje, przywodzi na myśl znany fragment z wiersza Andrzeja Sosnowskiego:

Co jakiś czas ktoś wpada w obłęd i rusza z uśmiechem
w sobie wiadomym kierunku, za poszarpane krawędzie
granatowych klifów, strzelając w podskokach obcasami
i wyrzucając czapkę w powietrze, ginąc we mgle.
Lecz nawet on, nawet on, czy ma wyobrażenie,
że zamienia się w różę po to, by móc świętować
międzynarodowy dzień książki i praw autorskich
w krajach słynących z działalności wydawniczej?





Krzysztof Śliwka
fot. Karol Krukowski


Niepogoda dla kangura - 1996
Gambit - 1998
Sztuka koncentracji - 2002
Dżajfa & Gibana 2008
Budda Show, 2013






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie