Maciej Melecki
PRZEBITKI ZAPOWIEDZI




Igła bez ucha, wkłuta w echo odbite z najdalszego kąta, to
Południk zaśnieżony cieni – rzucamy je wszak chwacko, rzucamy
Się w siatki zdjęte z globusa każdego widoku, przynosząc raczej
Zdrewniały uścisk dłoni, odnosząc skostniałą przerwę, jak zlew
Czystą tylko przez chwilę. W tym rumianym powietrzu wirują drzazgi
Połamanych kości. Wskazówki godziny są w gipsie. Niebo jest
Przerzucane widłami. Sielski widoczek kończy się na bronujących pole
Koniach. Niczego innego bardziej nigdy nie pragnąłem, jak tylko to
Wymyślić, złgać najlichszą kokosankę owej niemocy, prześlepić
Początek każdego ruchu, który grzęźnie w mulistej bruździe
Zbytku, odmowy wykopanej pewnym ruchem szpadla, kiedy jesteśmy
Na dachu, u końca wentylacyjnego szybu, fundując sobie krótki postój.

Byliśmy w okularze niejednego zaniechania. Grawitacja oka
Zdawała się główną odnogą, widzeń nam tylko przybywało, skuci
Skowytem graniastej nocy, szybowaliśmy jak ważki nad
Taflami rozlanych wejrzeń, parowaliśmy odczynami głosów
Wkłębiających się w strużki krwi, sączących z mgnień wypełniających
Każdy urywek jaźni, mgnień niespożytych odruchów, próśb, wskazań,
Ażeby wiosło każdego zbliżenia mogło swobodnie przyspieszać
Proces oddalenia. To nie są dni dla nas. To nie są chwile
Wolne od zejść. Rabowani nieustannie, rabujemy każdy,
Bezpański moment, zakładając jak największą kryzę horyzontu
Na mikre poczucie stabilnego tchnienia, mając przy tym
Jednakowoż silną jasność dość szarego spojrzenia na to, co
Niebyłym za krawędź czasu się stanie, w armaturze pokątnych
Szyfrów, którymi wypełniona jest każda strona marnego czynienia

Dobra i zła, generująca prawdy o strzępkach każdego kłamstwa,
Kiedy splata się widok z zapachem, buduje się obrazek za obrazkiem,
Kiedy wychodzi się zawsze na przestrzał nowego znoju, by zamieszkać
W szczypcie innego zwoju odczucia, i nie pamiętać już żadnych
Dat, spotkań, urodzin czy świąt, tych przyszłych lotek i strzałek
Wpijających się jak piasek w buty, albowiem jest się zawczasu
Zgruchotaną pacynką, sterowalną kukiełką, która tylko odpowiada,
Zadając wszak innym milczące razy, niezdaną do końca przystanią,
Holowaną przez wiatr dziurawą boją. Oblicza są nader koślawe,
Nośne w swych ujęciach i przebiegach, i mają promieniste ścieżki wiodące
Na szczyt każdego nasypu jawy, gdzie prędzej niż później przychodzi
Stanąć oko w oko z rysą ostrego zdziwienia, biegnącą w głąb
Wypatroszonej otchłani, którą nosi się w dłoni, z korzeniami przerastającymi
Język manewrujący owymi przechyleniami, bo iska mnie nie
Tylko paznokieć snu, kiedy wzajem się uzupełniamy, na tym bliskim
Odludziu, gdzie każdy nosi w sobie ugór niestrawionego czasu,
Odzyskując i nieprzerwanie tracąc, wykonując i schodząc, punkt

Po punkcie odhaczając, jakby miało to nas do czegokolwiek zbliżyć, jakby
To już, to teraz było w zasięgu ręki, która odsuwa tę koję wzlotów
Ponad doraźny plan tygodnia, i jak na kalendarzu przybywa tylko skreśleń.
Snujmy się więc coraz wyraziściej, jelito serca jest pojemnym rowem.
Ten kraj jest poszatkowanym spłachetkiem rojeń, nie ma więc już innych krajów,
Gdzie nie byłoby jak jest. Śnieżna kulo, staczaj się jak najszybciej
Z najbliższego dachu, wygaś wszelkie kręgi paleniska, słyszę bowiem
Coraz bardziej gromkie zapowiedzi braku końca w tym błędnym tunelu
Biegnącym od początku, jak w niekończącym się pogłosie, do początku,
Od którego zaczyna się meta osiągniętego dna, dobitego dnia.

 MAŹ
Maciej Melecki
fot.


Bermudzkie historie
Maciej Melecki, Zawsze wszędzie indziej (Wybór wierszy 1995-2005), wyd. Portret, Olsztyn, 2008
Maciej Melecki, Przester, wyd. WBPiCK, Poznań, 2009
Pola toku (WBPiCAK, Poznań, 2013






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2017  Fundacja Literatury w Internecie