Wojciech Brzoska
Piotr Sobolczyk i Tomasz Cieślak-Sokołowski: Nocne krytyków czaty
Nocne krytyków czaty
Tomasz Cieślak-Sokołowski, Piotr Sobolczyk

Wojciech Brzoska
Przez Judasza
Wydawnictwo Portret
Olsztyn 2008

Wolimy czatować na ciekawe tomiki poetów z „roczników siedemdziesiątych” i pisać recenzje dialogowe jako namiastki sporu krytycznoliterackiego, wolimy zataczać hermeneutyczne koła, przybliżając się do sensów... niż skazywać się na urywkowy dyskurs czatu internetowego, niż wpadać w pułapki prostego wartościowania.

CZAT XI
Dwaj judasze patrzą na pana Brzoskę

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Przez Judasza Wojciecha Brzoski przeczytałem od początku do końca, solidnie tak naprawdę tylko raz jeden jedyny. Ta lektura dostarczyła mi dużo przyjemności. Nie była jednak doświadczeniem, które skłaniałoby mnie do wysiłków czynienia jakiejś interpretacyjnie domkniętej anegdoty. Stąd raczej zadowolić się wolę swobodnym dryfem po tej książce, bez prężenia muskułów. Jednym słowem, tomik przeczytałem, podobał mi się, ale wracać chciałbym co najwyżej do kilku wierszy, być może nawet na dosyć specyficznych, nie do końca podstawowych dla tego zbioru zasadach. Przeczytałem i odkładam. Chyba inaczej jest w Twoim przypadku...

Piotr Sobolczyk:
Czytałem wcześniejsze tomiki Brzoski, może nie wszystkie, bo do niektórych arkuszy poetyckich było ciężko dotrzeć, i miałem podobne odczucia jak Ty wobec tomiku niniejszego. Natomiast wbił mi się w pamięć jeden z wcześniejszych wierszy Brzoski: „mijając kościół / za każdym razem / żegnam się // z Bogiem” (krzyżyk na drogę z tomiku niebo nad sosnowcem, 2001).

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
To ciekawy wiersz. Cytowałem go niegdyś w Metafizycznych doświadczeniach najnowszej poezji („Fraza” 2005, nr 4) – dostrzegając w nim, zadziwiająco często powracający u „roczników siedemdziesiątych” gest rytualizacji znaku religijnego.

Piotr Sobolczyk:
Właśnie. Ten wiersz pamiętam, a całe tomiki przelatywały. Retorycznie i kompozycyjnie nie były tak udane jak Przez Judasza. Czytałem ten tomik parę razy i z każdą lekturą wydawał mi się coraz lepszy.

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Co prowokuje te powroty? Tomik jest ciekawie skomponowany, dobrze napisany, w pewnych momentach nawet – zaryzykowałbym takie górnolotne określenie – wyrafinowany dzięki wymyślnym zabawom kontekstami kulturowymi, językowymi. Mój niedosyt bierze się z niejasnego wrażenia, że pod tym wszystkim powinno być coś, co by mnie chciało ukłuć, przywiązać – a tego nie odnajduję.

Piotr Sobolczyk:
Mam rozumieć tak: świetne na powierzchni, ale pod spodem mało?

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Nie, nie buduję tu żadnego obrazu esencjalistycznego. Skoro wpadłem od samego początku w pewien krąg metafor dalekich od niewinności, powiem tak: jeśli tomik Brzoski już na wstępie rozbraja narzędzia każdego takiego czytelnika, który chciałby postąpić z nim na serio, egzegetycznie solennie (tak czytam motto zbioru: – „Kim jest dla pana Jezus Chrystus? /Szymon Babuchowski/ – Ciekawa postać. Ale bez poczucia humoru. /Marcin Świetlicki/”), to należałoby tu wystawić swą lekturową czujność na „podniecające mgnienia”. To zdarza się – mam wrażenie – w Przez Judasza zbyt rzadko. Zbiór zaczyna się od swoistej stylizacji na Balladę rycerską Grochowiaka. Formy modlitwy, powracające kryptocytaty (np. w Modlitwie z pielgrzymki anno domini 1990) to jedynie sprawy naskórkowe. O wiele poważniejsza wydaje mi się współbieżność gestu poetyckiego, gestu, który w przypadku Grochowiaka Kazimierz Wyka określił mianem „poetyckich nominaliów”. Chodziłoby o to, że w natłoku określeń, porównań, zabiegów stylizacyjnych, w tym wyszukanym nadmiarze – przedmiot (temat? doświadczenie?) całkowicie znika. Z tym, że o ile u Grochowiaka w ową igraszkę rekwizytów poetyckich co rusz wkrada się jakiś zgrzyt, skrzyp, o tyle u Brzoski wytworność i sprawność zmieniają się raczej w „mgiełkę poetyzacji” (jak słabsze wiersze Grochowiaka określił Wyka).
Jednym słowem, moim wrażeniom towarzyszyło poczucie „wydmuszkowatości”. Czy inaczej: pozostaje po lekturze tych wierszy może nie tyle wydmuszka, co piękna pisanka. Odświętna – na raz.

Piotr Sobolczyk:
Na pewno koncept całościowy jest tu „na raz”. I to jest zaleta. Po drugie jasne jest dla mnie, że było zapewne tak: Brzoska napisał parę wierszy w stylizacji biblijnej, z kluczowym słowem „Pan”. Prawie każdy wiersz ma w tomiku jakiegoś „Pana” swojego, a pewnie część innych wierszy pod tym kątem przerobił lub zgoła pisał kolejne już pod „klucz”.

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Mnie się wydaje, że podstawowym motorem konceptu jest tutaj nie tyle stylizacja biblijna, co raczej stylizacja na książeczkę pierwszokomunijną. Myślę na przykład o takich częściach tychże książeczek, w których pomieszczone są modlitwy do różnych patronów, na różne okazje itp. – zupełnie jak u Brzoski.

Piotr Sobolczyk:
To nie jest sprzeczne. To się wiąże. Posłużenie się rozbudowaną stylizacją biblijną spowodowałoby małą czytelność... może wtedy musiałbyś dłużej i częściej wracać do tych wierszy...

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Oczywiście, to nie działa na zasadzie ekskluzywnej, raczej komplementarnej. Książeczka do nabożeństwa jest taką litotą Biblii, jest Biblią pomniejszoną...

Razem:
Biblią pauperum!

Piotr Sobolczyk:
Tu idzie o odbiorcę, aby każdy czytelnik czy słuchacz mógł zidentyfikować, że to stylizacja biblijna ogólnie. Bo chwyty są właściwie stosowane tylko dwa – inwersje i te inwokacje, apostrofy do „Pana”. Na przykład: „Wpłynął pan dnia siódmego do mojego snu. / i wezwał przed swoje oblicze. / i rzekł: // „obudź się, albowiem pora najwyższa odrobić / pańszczyznę. / albowiem zbawieni najprędzej będą ci, którzy nawet / w dzień pański / pracują na mą chwałę. / i dyżur pełnią przy czarnych owieczkach. / i nie sprzedadzą się za trzydzieści złotówek, / lecz dzień wolności / od zła wszelkiego za to mieć będą”.” (Modlitwa w pańskiej służbie). No tak, do tego są anafory z „i”, i sugestia archaiczności, która zawsze pojawia się, gdy współcześnie ktoś powie „albowiem” lub „aliści”. Tym niemniej to bardzo ubogie wobec tego, co można znaleźć np. u Wujka. Lub u kogokolwiek stylizującego się na składnię łacińską...

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
...czy na psalmy, jak u Tadeusza Nowaka.

Piotr Sobolczyk:
No więc właśnie. A tutaj nie. Ważniejsze jest wrażenie „biblijności”, ale takiej uproszczonej, bo chodzi tu o „Biblię w czasach popkultury” (np. ładna, metonimiczna, chciałoby się rzec, podmiana: „trzydzieści srebrników” na „trzydzieści złotówek”). Tylko o jakich sytuacjach mowa w tym języku? U Nowaka są to sytuacje szpitalne, u Brzoski, z grubsza rzecz biorąc, dominuje w drugiej części temat przeprowadzki, ujęty w formę zwrotów do osoby, która wynajmuje mieszkanie... I potem w wierszu Modlitwa o niebo lub piekło pada określenie „i mamy letnią jesień za oknem, / dookoła i w sobie”. Moim zdaniem, ta stylizacja się nie odkleja od treści. Sprawia czasem wrażenie doklejonej na siłę, ale wtedy ma testować... Powiem tak: Brzoska w paru wierszach deklaruje się jako niewierzący albo wiele lat niewierzący, a próbujący może powrócić do wiary (czy tylko dzieciństwa?). W wierszu Modlitwa z opóźnieniem wyznaje: „przyjął mnie pan z opóźnieniem do swego królestwa / albowiem nie dał pan wiary wierze rodziców. / i nie dał mi pan słów, / jako i ja panu nie dałem, że uwierzę. [...] i rosłem pomału, bez wiary. [...] i wystąpiły naciski w rodzinie”. Bardzo znaczące. Mam taką hipotezę interpretacyjną. Owo powtarzające się w każdym wierszu „Pan” i ten podniosły język, który się nieco rozmija z potocznym doświadczeniem, czy nie mają testować takiego przekonania, że jeśli wierzymy prawdziwie, to powinniśmy żyć tą wiarą codziennie, a więc i używać tego języka codziennie! Nie tylko od święta, kiedy ktoś się modli, kiedy wkracza w przestrzeń uznawaną za sakralną, nagle wkłada maskę i wchodzi na koturn jakiegoś sztucznego patosu, który natychmiast po wyjściu czy powstaniu z klęczek zrzuca, prawda?, tylko codziennie. Pyta: czy to jest możliwe? Zwłaszcza dla osoby, która jest na zewnątrz tej wspólnoty kościelnej? Takiej jak on. Dla niego jest to możliwe, ale też w jakimś sensie – śmieszne, zabawne.

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
W pewnym momencie zostaje wprost powiedziane: „przyjąć pana na język”. Tylko i wyłącznie na język Pana może przyjąć ten, który pisze poezję, który – jak w puencie tego wiersza: „wreszcie uwierzył / w literaturę”. Hipoteza sakramentu – odpada. Dlaczego? Z jednej strony ów „podniosły język” rozmija się drastycznie z doświadczeniem codziennym (zgoda), z drugiej jednak – inny język niż pomniejszonej Biblii nie jest w tych wierszach dostępny. Otrzymujemy w efekcie, czego przywoływany utwór Modlitwa z opóźnieniem jest świetną realizacją, technikę zestawiania dwóch języków codziennych, przy czym zrytualizowanie języka katolickiego musi razić sztucznością, nadmiarem patosu. Problemem nie jest więc, jak mi się zdaje, bycie na zewnątrz wspólnoty kościelnej (bo tego języka sztucznego patosu katolickich obrządków się nie zapomina, choćby się go jedynie liznęło w dzieciństwie), lecz niemożliwa sytuacja wykroczenia poza ten język jako jeden z języków codzienności. To nota bene sytuacja niezwykle częsta w poezji „roczników siedemdziesiątych”, by wspomnieć wiersze Chłopka, Macierzyńskiego czy Cyranowicz. Jakimś wyjściem okazuje się tutaj stylizacja literacka, gra w literaturę. Pozostaje jednak cały czas, chcąc nie chcąc – „literaturowość” tego gestu, mgiełka poetyzacji.

Piotr Sobolczyk:
Moim zdaniem, to celowo ma wprowadzać w błąd. Ten fragment o uwierzeniu w literaturę podnieci(ł) zapewne wszystkich krytyków, którzy (na)piszą o tym tomie, bo łatwo się takiego meta czepić jak rzep. Zawsze się zdaje, że to coś wyjaśnia. Pewnie, że możemy powiedzieć, że Brzoska w tym tomie jest prześmiewcą poezji religijnej czy angażującej się, zwłaszcza takiej jak Wencel czy Szymon Babuchowski, choć to moim zdaniem mało istotne, jeśli w ogóle...

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Staram się powiedzieć jednak o czymś innym. Pewnie ani tu tylko prześmiewanie, ani tylko zaangażowanie – obu perspektyw jednak nie daje się ostatecznie usunąć, choć żywioł zabawy zdaje się dominować. Do frazy „przyjąć pana na język” dodam jeszcze kilka takich smakowitych konceptów: „gościłem przez chwilę / w wiecznym mieście / ojca rozbity pod namiotem” oraz „i ofiarowałem ciao / wszystkim pozostałym / napotkanym na swojej drodze / pielgrzymom” (modlitwa z pielgrzymki anno domini 1990) czy koszykarsko-vanitatywny koncept wiersza z bieganiem „od trumny do trumny” (Modlitwa trumienna). Wszystkie te przykłady można by objąć formułą: Brzoska tak prowadzi swój wiersz aż motyw religijny się „przekręci”.
Chciałbym więc znieść tę metaforę wnętrza i zewnętrza tylko po to, by powiedzieć jedną bardzo prostą rzecz: nie da się pominąć tego języka (katolickiego patosu), a jeśli się nie da, to trzeba go do tego stopnia włączać, zużywać, przekręcać, żeby dopracowywać się takich miejsc, gdzie zużyty sam oznajmia swoje wycofanie... I te miejsca by mnie najbardziej w tym tomiku interesowały.
Myślę na przykład o wierszu Modlitwa od święta: „zawiódł nas pan / przed domy zmarłych, / byśmy odziali ich / w ogień i kwiaty. // i stojąc u progu / stroimy cię w płomień, / przymierzamy kwiat. // albowiem w to święto / ubraliśmy zmarłych / w nasz płaszcz”. Tu jest kilka rzeczy na raz. Wiersz jest śmieszny, dowcipny, święto zmarłych ukazuje się wielką, polską, narodową przebieralnią (racja!). Są też wszystkie elementy potocznej religijności, one jednak ostatecznie odklejają się od języka masowego rytuału. Kwiaty, ubrania, zmarli, płomienie zaczynają żyć życiem innego języka. W podobnym kierunku biegnie ten wierszowy przekręt na przykład w utworze Modlitwa ze wschodu.

Piotr Sobolczyk:
Mnie nie chodziło o testowanie języka, tylko o formułę bezgranicznie posuniętej imitacji Chrystusa. Jakby na serio potraktować to wezwanie, co jest tylko nielicznym dane, i ci robią to na poważnie, a on to robi na niepoważnie... Zresztą: Unamuno pisze o Don Kichocie, że właśnie on jeden w historii, może jeszcze Loyola, przejął się ideałem imitatio Christi. Ale on jest śmieszny! – odpowie ktoś. Na to Unamuno mówi: Don Kichote jest mądrzejszy od swojego autora, Cervantesa, a nawet jest przeciwko niemu. Jasne, w pewnych wypadkach zostaje „tylko” język w stanie szczątkowym. U ludzi, którzy się tym przejmują i np. zamykają w klasztorach, czy u mistyków dochodzi do milczenia. Bo też taki język nie jest im do niczego potrzebny, prawda. A jemu nie chodzi o to, by się zamknąć w klasztorze, tylko o to, że posiada pewien język z dzieciństwa, z wychowania, który nigdy mu nie był do niczego specjalnie potrzebny i zastanawia się, czy da się zrobić literaturę przy użyciu tego języka bez zaangażowania w niego, czy w ten język, w tym języku w ogóle można się zaangażować. A dla wielu to jest język jedyny – albo żaden. To osiada w człowieku, jeśli on chodził do kościoła przez parę lat, słuchał jakichś czytań, potem potrafi zidentyfikować ten język, i po latach stwierdza, że może to język do literatury, do żadnej transcendencji. Również z powodu alegorii (jako tropu) i alegorezy (jako trybu czytania, który jest wpajany w szkółkach). Otóż alegorię wciąż uważa się za środek wytwarzający zintensyfikowaną literackość (chodzi mi bardziej o Jakobsona niż o de Mana, naturalnie). I powstają takie dowcipy, jak ten o wodzie, absolutnie szlagierowym symbolu biblijnym, który nie jest już symbolem sensu stricto, i taką alegorezkę – mówi Pan wynajmujący o cieknącej wodzie w mieszkaniu: „to nie moja już woda, lecz tych, co przed wami zmywali / grzechy ze swoich sumień nie spowiadając się. / albowiem wasza jest wina, która z cudzej ściany wylała się / pod postacią wody”. W przybliżeniu powiedzieć można, że literatura „wzniosła” w sensie modernistycznym uważa alegorię za chwyt literaturoprodukcyjny. Zagajewski, Barańczak, jak mają opisać zwykłe zdarzenie, muszą wynaleźć mu drugie dno. Oczywiście, nie tak jaskrawe. O to też szedł spór banalistów i „barbarzyńców” w latach 90. Tam alegoria służy do innych zabaw – weźmy Wiedemanna. (Nawiasem mówiąc, Brzoska składa podziękowania Wiedemannowi za pomoc w zredagowaniu tomu; rzeczony Wiedemann równolegle lub później napisał tomik Filtry również o przeprowadzce; a wszystko to gdzieś odsyła do Odczepić się Białoszewskiego...) W pewnych momentach, kiedy on już tak podpuszcza ten język przeciw sobie, czy, powiedzmy, go dekonstruuje, jest odpoznawalny, takie sylleptyczne czy zeugmowate gry słowami, kiedy słowo traci swoje znaczenie religijne czy liturgiczne, a zyskuje codzienne, sprozaizowane (np. w cytowanym przed chwilą fragmencie: zmywanie naczyń – zmywanie grzechów), w momentach więc, pomyślelibyśmy, najbardziej „zabawowych”, pojawia się coś „poważnego”. Podwójność syllepsy jest obosieczna, warto pamiętać. Jakbym dopowiedział, co jest to „poważne”, to bym za dużo powiedział, zresztą do końca nie wiem. Ale w tych momentach zatrzymuję się i myślę sobie: Oo! To jest doznanie – wzniosłości może nawet, tej Kantowskiej. Kant mówi „O!”, ale nie wie, czemu tak mówi.

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Tak, tak to jest z tymi „iskrami, co przeskakują z duszy pisarza do dyszy czytelnika”...
Ale to jest też obosieczność gry językowej w ogóle, czytania – jak to określił niegdyś Edward Balcerzan – „poważnego żartu”. Można być takim Matuszewskim, który czytając „słowiarzy” pierwszego powojennego pokolenia, mówił: „Realizacje tego typu mogą wszakże wywołać tylko jeden rodzaj efektów angażujących odbiorcę: zaskakiwać ukrytym w takich skojarzeniach humorem, mechanicznym typem dowcipu” i zaraz czynił zarzut niewspółmierności trudu interpretacyjnego wobec możliwego do uzyskania efektu (sensu). Chyba jestem w przypadku Przez Judasza takim właśnie „jego prywatnym Matuszewskim”...

Piotr Sobolczyk:
A mnie podoba się dlatego może, że zabawa, zabawa, wiele osób powie, że to „tylko zabawa”, a ty czujesz, że tam jest coś więcej. Takie zadowalanie się elitaryzmem. I pośród zabawy, masek, tańca, prześcieradeł może się pojawić wzniosłość, taka, rozumiesz, kruchuteńka. Bo jak wzniosłości jest za dużo, jest ciągle, jak u Zagajewskiego, Wencla i innych poetów, których nie lubię, Ty chyba też, to jest szafowane, ona się nie pojawia – ona jest podana do wiary, osacza. Bierz mnie, kochaj mnie! I to jest takie nieprawdziwe, o tym powiemy właśnie – literatura, w sensie Rimbaudowskim, nie akurat Brzoski... A gdyby jeszcze zestawić z Tadeuszem Dąbrowskim, który przy nim mi się wydaje nawet cyniczny, bo jest tu pewne podobieństwo z Dąbrowskim, który odmierza wiersze „religijne”, ale zawsze „nie dość religijne”. Dlatego posądzenie o cynizm, on chce się podobać, zostawia więc jakieś okienka w swoich obliczonych komunikatach, żeby ktoś „wrażliwszy” (na poezję) mógł go wybronić. Ale chce do „mas” apelować swoim doświadczeniem, osobistym. Na dwóch frontach robić wrażenie. A Brzoska nie! Dopuszcza wzruszenie ramionami. Ja ten rodzaj odwagi, gotowości do niepodobania się, wolę. Nawiasem mówiąc – i tu przejdźmy do dalszych rozpoznań pokoleniowych – u Piotra Czerskiego w Ojciec odchodzi (2005) jest postać takiego trójmiejskiego poety religijnego, cynicznego, który chleje i wyrywa panienki. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to portret Dąbrowskiego. Przywołuję Czerskiego także dlatego, że jego książka rozgrywa koncept „pokoleniowości”. To znaczy: niekoniecznie chce być wypowiedzią w imieniu jakiegoś pokolenia – tzw. DżejPiTu – ale pisana jest ze świadomością, że są takie oczekiwania, i ląduje gdzieś obok nich, znów stwierdzając, że doświadczenie osobiste jest ważniejsze niż etykiety socjologiczne. Trochę tak jest i u Brzoski. Powtarza się tu narracja o wychodzeniu z dzieciństwa, a przy tym wychodzeniu z narzucanej wiary i praktyk religijnych. Taką narracją jest też krótka dziennikoproza Błażeja Dzikowskiego Jeżowce, z tomu Wszystkie zwierzęta na poboczu autostrady (2007), o pielgrzymce z matką do Medjugorje; przy czym bohater jedzie głównie dlatego, że to wycieczka zagraniczna, matka też nie jest dewotką, ale w miarę zbliżania się do miejsca docelowego zaczyna przejawiać zachowania coraz bardziej dewocyjne czy może konformistyczne (wspólnotowe), co próbuje też wymóc na synu. Przeżycie duchowe u niego nie następuje. Wiersze Brzoski układają się w szczątkową – jak to w rozproszonych wierszach – fabułę na podobny temat. Jak u Czerskiego mamy opisane „węzłowe” momenty, komunia, u Czerskiego sprowadza się ona głównie do tego, co kto dostał, zegarek elektroniczny czy co – ja dostałem zegarek i kalkulator oraz chyba 20$, wtedy dużo... – potem bierzmowanie. Brzoski Modlitwa trumienna pokazuje, że kluczowe w dzieciństwie dla młodego podmiotu było granie w koszykówkę i większym idolem niż Dżizus był Majkel Dżordan. Oczywiście nazwisko Jordan staje się pretekstem do – ktoś powiedziałby głupawej – gry skojarzeń, chrzest – wyciskanie siódmych potów: „błogosławieni ci, na których spłynie powołanie, / albowiem tylko oni powołani zostaną na spotkanie. / i biegać będą aż do utraty wiary / w zwycięstwo. / i modlić się będą żarliwie o / korzystny wynik. / i wrócą odmienieni przez rywala, / nie do poznania. // lecz ja pominięty zostałem, / albowiem zbyt wątła jest moja wiara / w wygraną w trzydzieści i trzy / sekundy. // i chociaż pan bierzmował mnie w jordanie, / i chociaż siódme poty po wielekroć spływały ze mnie na parkiet, / nie spłynęło powołanie. Z modlitwy z opóźnieniem wiemy, że bierzmował mnie pan już o czasie, / lecz głównie dla sportu. / albowiem wtedy wierzyłem tylko w koszykówkę. / i wykorzystałem imię jordana nadaremno”, czyli pewnie Michał. Dziedzictwo tego języka i tych wspomnień okazuje się po czasie ważne. Czy to tylko sentymentalny powrót „starzejącego się” trzydziestolatka? Ale większy to ma związek z autonarracją, konstrukcją własnej tożsamości przez pamięć, niż z transcendencją. Jeśli przeanalizować, w jakich kontekstach pojawia się owo natrętne „pan”, to raz do jedynego boga w trójcy, albo do Chrystusa, albo do Janusza Drzewuckiego, krytyka, któremu zaserwował świetny przytyk za jego głuchotę poetycką i politykę redakcyjną w „Twórczości” (wytknął, że krytyk drukuje głównie „modlitwy”, ale nie w rozumieniu Brzoski, tylko we wcześniej przez nas wskazywanym rozumieniu poważnym, Zagajewskim: „nie przyjął pan moich modlitw. / i nie wysłuchał ich pan po raz wtóry, / choć wysłuchiwał już dużo słabszych / modlitw niż moje. (...) lecz to właśnie pan jest panem / i do pana należy wybór tych, przed którymi otworzą się królewskie łamy)”, albo w ostatniej części do mężczyzny, od którego się wynajmuje mieszkanie. Otóż ten „pan” oznacza pokorny stosunek niższości i zależności podmiotu, który tak się zwraca, choć może by nie chciał, wolał nie musieć. Czasami to „pan” funkcjonuje jak łacińskie „dominus” czy „domina”, która, krótko mówiąc, w heteroseksualnym seksie sadomasochistycznym oznacza panią z pejczem lub szpicrutą i masochista się jej poddaje, bo ona „dominuje”. Odgrywana, wymuszona pokora wobec np. redaktora pisma, gdzie chciałoby się wydrukować wiersz, a on nie chce i grymasi, kojarzy się z postawą wiernych wobec boga, tak ustawioną. Może to ten bagaż kulturowy wynoszony z dzieciństwa. Nie ma bowiem wątpliwości, że niejako „za plecami” „pana odnajemcy” podmiot robi miny, puka się w głowę, szydzi wierszowymi dwuznacznościami zeń. Można by te rozważania przenieść na poziom filozoficzny, przypominając rozmyślania Hegla o „panu” i „niewolniku” lub „słudze”, bo nie wiadomo, jak tłumaczyć na polski niemieckie Knecht. U Hegla świadomość tożsamości niewolnika jest zawsze zapośredniczona przez odniesienie do „Pana”. Hegel w Fenomenologii ducha jako archetypiczny – powiedziałbym achronologicznie, bo po Jungowsku – przykład podaje relację Abraham-Bóg. (Tę samą co później Kierkegaard, polemista Hegla.) Zarazem Hegel twierdził, że chrześcijaństwo poważnie naruszyło ten typ relacji pan – niewolnik. Jeśli na tym tle filozoficznym usytuować wypowiedź Brzoski, to on optymizm Hegla ironicznie podważa.

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
Byłaby to też kolejna „pokoleniowa” wersja – czynionych z różnym natężeniem – zmagań z owym bagażem kulturowym języka katolickiego. I co wydaje mi się tu najciekawsze, w pewien sposób typowe, powtarzające się także u wspominanych już Macierzyńskiego, Chłopka, także Cyranowicz w jej wierszach „kinderystycznych” – ten język przestaje być bagażem nie do udźwignięcie w momencie, gdy wiersz dopracuje się języków innych (dla Brzoski to tyleż Dycki, co Grochowiak czy Wiedemann i Białoszewski – o czym wspominałeś). W przywoływanej już Modlitwie trumiennej pojawia się to zawołanie „powołani zostali / do gry”, zabawy. Mówiąc najkrócej, siłą Brzoski jest to, że okazuje się w tym tomiku poetą wielu języków, które miesza i w tym zmieszaniu nawzajem osłabia tak, że żaden z nich nie może być ostatecznie owym ciążącym bagażem. Tak jak to rekonstruowałeś, rozbierając imię „pana”.

Piotr Sobolczyk:
Osłabia się, ale i „pana” samego. Bo to stawia takie pytanie: no dobrze, czy to, że funkcjonujemy w sytuacjach wielorakich zależności, w których musimy odgrywać pokorę, czy to jednak powołuje tego „pana” do istnienia. Tylu „panów”. Albo, przyjmując na chwilę, że „język się odkleja”: czy mówienie apostrofami do „pana” go powołuje? (Jak u Feuerbacha).

Tomasz Cieślak-Sokołowski:
W żaden sposób. Grochowiaka, Dyckiego też nie daje się tu powołać z myśli. Stylizacja nie pozostaje tu na usługach uobecniania, lecz pewnej możliwej jedynie identyfikacji. Lektura tych wierszy może się doskonale bez niej obejść.

Piotr Sobolczyk:
Dziękuję Ci, Panie, za tę hojną dyskusję.

Tomasz Cieślak-Sokołowski
Piotr Sobolczyk

"Tygiel Kultury", nr 4-6/ 2009

Wojciech Brzoska
fot. Magda AnoPsy


"Niebo nad Sosnowcem" (Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2001) http://www.merlin.... http://www.megalop...
"Sacro casco"("Mamiko", Nowa Ruda 2006) http://www.mamiko....
"przez judasza" (Portret,Olsztyn 2008) http://portret.org...
"Drugi koniec wszystkiego", Instytut Mikołowski, marzec 2010. Projekt okładki Agnieszka Sitko http://www.dobraks...
"W każdym momencie, na przyjście i odejście" + CD Brzoska i Gawroński "Slońce,lupa i mrówki" (WBPiCAK Poznań, 2015)


http://www.facebook.com/brzoskaigawronski




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie