Joanna Mueller
Epifania i bergamotki 4
Pamiętam na pewno, że od początku snu bergamotki – nieważne, czy znane z imienia, czy tylko z widzenia – wieszczyły zagrożenie. To dlatego śmiech zamarł mi pod powiekami, zanim się pod nimi narodził. To dlatego również nie zdążyłam nasycić się widokiem miasteczkowych okolic, które tym razem zostały pozbawione pozytywnej symboliki z dawnych snów. Zamiast żółci kaczeńców, bieli wiatraków czy – aż wstyd się przyznać do tego sennego marzenia – fioletu fruwających krów, w których towarzystwie niejednokrotnie przelatywałam nad krainą dzieciństwa, teraz oglądałam tylko szarości błotnistych wybojów i buroty skromnego dziadkowego obejścia. Wyraźnie sobie przypominam, że właśnie na podwórku dziadka zaczęła się akcja snu. Tym razem nie spełnił się żaden ze znanych mi schematów fabularnych, które tylekroć przekładały się z jawnych wspomnień na epizody oniryczne. Nie wdrapywałam się po drabinie na wypełniony sianem strych, nie wywabiałam z betonowych boksów hodowanych przez dziadka nutrii, nie łapałam żab w przylegającym do wjazdu na podwórze rowie, o którym moja mama zawsze mawiała, że „kiedyś na pewno nie wyrobimy zakrętu i się w niego całą rodziną wpakujemy”, nie rozpakowywałam wraz z kuzynkami nadesłanych z zachodnich Niemiec paczek żywnościowo-odzieżowych, a nawet – co od czasu śmierci dziadka i babci zdarzało się w snach coraz częściej – nie uciekałam na pobliską górkę Dębówkę przed rosnącą w siłę chorobą i coraz bardziej nieuniknionym nieszczęściem. Tak, to wiem na pewno – nie robiłam żadnej z tych rzeczy.
Nie robiłam, bo w odróżnieniu do wszystkich poprzednich snów związanych z Miasteczkiem – tym razem nie byłam dzieckiem. Więcej nawet – wiedziałam od początku, że w tej mrocznej narracji znajduję się tylko po to, by po raz pierwszy wykazać własną dorosłość przez zajmowanie się... innymi dziećmi. To chyba ta nagła konieczność bycia odpowiedzialną, tak inna od dotychczasowej beztroski, wprowadziła nastrój grozy, zanim jeszcze pojawiły się bergamotki.
Kacper i Honorata – dzieci, którymi miałam się opiekować – nie pojawiły się we śnie ani przez chwilę. Chociaż... Zaraz, zaraz... Chyba jednak się pojawiły, w momencie konsolacyjnej puenty, ale tego dobrze nie pamiętam, o tym więc albo wcale, albo – domyślnie – potem... W każdym razie na początku ich realnie nie było, istniały jedynie w moim nawoływaniu, które stawało się tym bardziej natarczywe, im bardziej uparta była odpowiadająca mu cisza. Powierzonych mojej uwadze kuzynów nie było ani w domu, ani w kryjówce pod schodami, dobrze mi znanej, bo wszystkie dzieciaki z rodziny chowały się w niej z równą chęcią, ani na strychu, ani w pustej stajni, dzisiaj zamienionej na garaż dla starych, nieczynnych samochodów taty, ani nawet w piwnicy, odwiedzanej z rzadka, bo wchodu do niej strzegły straszliwe, budzące respekt dzieciarni już samą nazwą „beboki”.
Maluchów nie było nigdzie. W odruchu paniki zaszłam w końcu na brzeg rowu, tam, gdzie głębokość była największa i gdzie przewieszona nad wodą kładka zręcznie maskowała fakt, iż lada chwila rozleci się ze starości. W duchu odklepywałam na poły zapomnianą modlitwę do Anioła Stróża Od Dziurawych Kładek, żeby uratował Kacpra i Honoratę tak, jak rutynowo ocalał dwójkę innych, nieświadomych niebezpieczeństwa gzubów na dewocyjnym bohomazie nad łóżkiem babci. Odetchnęłam, bo nad rowem, a raczej – jak podpowiadała wyobraźnia – w rowie nie było ich także. Właśnie wtedy tuż za mną przesunęła się cienista plama. Zbyt duża jak na cień jedenastoletniej dziewczynki i sześcioletniego chłopca, na Anioła Stróża zaś nieco za mała. To ona? Wiedziałam, że tak, nie musiałam się nawet odwracać. Nie domyślałam się tylko, a było to uczucie typowe dla wszystkich snów skondensowanych wokół mary Romy, czy tym razem pojawia się jako osoba żywa czy raczej umarła. To zresztą było nieistotne, najważniejszy wydawał się wyrzut zarysowany bezradnymi gestami cienia. „Dlaczego – gestykulowała wychudłymi od raka rękami – dlaczego ich nie dopilnowałaś?”.

۞
Głowa boli od tych wierszy
fot. Joanna Rogalanka


Zagniazdowniki/Gniazdowniki
Stratygrafie
Wylinki






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie