Aneta Kamińska
Paweł Uszyński, Fragmenty dyskursu miłosnego à la Kamińska
1. Z pomarańczową książką Anety Kamińskiej zetknąłem się podczas jej oficjalnej promocji na 48. Nocy Poetów. Przywitała mnie podwójnym mottem:

język, to małe wszystko,
mój i polski

(piotr sommer)

obcych języków uczymy się od
przekleństw ty mowy wiersza ja języka
miłości

(paweł kozioł)

... oraz stroną z napisem „enter/exit//push/pull”. Drzwi? Niech i tak będzie, choć rozpisałbym to na dwóch stronach jako „enter/pull” i „exit/push”. W każdym razie wszedłem z ochotą.

Okazało się, że obiecując sobie i redakcji recenzję tego tomu, podjąłem się nie lada zadania. Wiersze Kamińskiej nie są proste, czytelne, nie są jasne w konstrukcji, mają w sobie coś z ducha awangardy i (neo)lingwizmu. Jak ja, odchowany na Różewiczu i Celanie (trudnych, ale przecież oswojonych), na Stachurze i Dyckim, dorastający na Dąbrowskim i Podgórnik, mam się brać za bary z tak zaawansowaną wiwisekcją języka? Cóż, trzeba spróbować. Trzeba poszerzyć Jaussowski horyzont oczekiwań, wyjść ku nowemu.

Głównym bohaterem książki jest bez wątpienia sam język. Nasz, polski język, choć obce również. Są też inni bohaterowie – aneta, nauczycielka polskiego pracująca z cudzoziemcami, jej niesforny austriacki uczeń markus, są też jakieś głosy anonimowe, niezidentyfikowane, jest nawet jakaś niespełniona miłosna historia. Ale przede wszystkim eksponowany jest właśnie język, w którym wszystkie te postaci wraz z ich historiami gubią się i giną, a w najlepszym przypadku – nie potrafią się porozumieć.

2. Spoglądam na dwa pierwsze wiersze z tomu. Rozdział 1 podany jest w formie nieudolnej pracy domowej markusa, pracy niebanalnie rozprawiającej się z polską składnią. Źle dobrane przypadki („jadę do/wiedeń”, „aneta nie/pije alkohol i nie je oliwki”), podobnie liczba (austriacy nie są/ani sympatyczny ani uprzejmy”). Wersy bardzo różnej długości, od piętnasto- do jednosylabowych, dużo przerzutni. Połapać się w tym jeszcze można – nieszczęsny markus zdaje się podkochiwać w anecie i snuć wobec niej matrymonialne plany – ale dany zostaje wyraźny sygnał: bohaterowie będą mieć problemy z komunikacją, z opanowaniem języka. Język będzie rozporządzał bohaterami, nie bohaterowie językiem. Wskazuje na to także rozdział 2, pomyślany jako dialog między anetą a markusem (i tym razem rozchodzi się o pracę domową). Dialog jest tu właściwie podwójny, bo zdialogizowane zostały sama praca domowa – obracający polszczyznę na wszystkie strony markus chce niby odwołać lekcję – oraz sytuacja „rzeczywistej” lekcji, na której praca jest czytana. Dość to splątane. Głosy mówiących można odróżnić tylko przy odpowiedniej koncentracji i lekturowej cierpliwości. Znów pojawiają przerzutnie, tym razem odważnie łamiące wyrazy:

p o l s k i jest ważny ale twoja praca jest w a
(żniejsza may i
touch
your
pullover)


Końcówka pobrzmiewa erotycznie – jedna ze stron wyraża po angielsku zainteresowanie pulowerem partnera. Pewnie markus, ale jednoznaczności żadnej tu nie ma.

Tak właśnie będzie się toczyć „akcja” tej książki. Od dialogu do dialogu. A wszystkie one toczone mieszanką zmutowanej polszczyzny, niemieckiego i angielskiego. Wypowiedzi urywkowe, pozbawione kontekstu, granice między nimi niejednokrotnie zatarte, przemieszczone, wiersze dzielone w najmniej spodziewanych miejscach na numerowane cząstki. Często trudno dociec, kto mówi. Drastyczne łamanie wersów, uciekanie od jednolitej typografii, zaburzona interpunkcja przypominają nieco Hildę Möbius Andrzeja Sosnowskiego. Zastrzec jednak trzeba, że Sosnowski zderza ze sobą kawałki języka w jego odmianie pisanej, zdecydowanie literackiej, gdy tymczasem karambol zaplanowany przez Kamińską ma swoją proweniencję w polszczyźnie (niemczyźnie, angielszczyźnie) mówionej, często chropowatej i niewprawnej. Efekt końcowy – oczywiście jak najbardziej literacki.

Trudno dociec, kto mówi. Choć z drugiej strony to oczywiste – mówi język, a „podmiot czynności twórczych” sytuuje się w roli Barthesowskiego skryptora, który rejestruje żywy, skotłowany strumień mowy. Gdzieniegdzie tylko, na przykład w rozdziale 6, daje się słyszeć w miarę czytelny monolog liryczny, ale i on nie jest czysty. Rozbijają go podział tekstu na „podrozdziały” i pisana kursywą końcówka: „szkoda że tu nie ma/telewizora”. Podstawowe pytanie: kto to? Język oczywiście. Bardziej niepokoi pytanie inne – po co? Nieodchowany na lingwistycznych eksperymentach, odruchowo sprzeciwiam się eksponowaniu nieczytelności, bo o to właśnie idzie, jak mniemam, w cytowanym zakończeniu. Zresztą, gdybym nawet miał się zgodzić na tę ekspozycję, podejrzewam, że może ona mieć ciekawsze kształty i bogatsze barwy. Wiersz robi na mnie wrażenie przeciętnego, banalnego i ratowanego przez autorkę równie przeciętnym i banalnym chwytem formalnym. Chyba że nie o banał, a o banalizm tu idzie, drogi kolego. O życie składające się z sukienki i telewizora, by za wierszem eliptycznie rzecz ująć.

Co do skryptora, to gości się na dobre na przystanku 1, czyli w rozdziałach 9–11. Zbiera zupełnie już bezpodmiotowe fragmenty ulicznych rozmów, wyznań egzystencjalnych, refleksji o języku, reklam, szyldów, znaków drogowych i Bóg wie czego jeszcze. Chaos języka wskazuje tutaj, według mnie, na chaos życia w mieście. Pułapka języka, pułapka miasta, labirynt komunikacji. Można szukać „wyjścia ewakuacyjnego z sytuacji” (rozdział 9), ale to raczej zabieg jałowy – „następne drzwi w prawo”, za którymi mieści się klub golfowy, nie mówią nic, są nierozstrzygalnie rozpięte między dosłownością a metaforą. To nie tu? Drzwi następne, na pewno one. Szukajcie. Warto nadmienić, że podobnie rozprawia się z miastem w tomie piąty element to fiksja Cyranowicz – Konstrukty to wiersz katalogujący przeróżne drobne przedmioty i śmieci charakterystycznedla wielkiego miasta. Skryptor Cyranowicz jest jednak innego rodzaju niż skryptor Kamińskiej – lubi porządek, linearność, konstrukcje przejrzyste. Miasto nie jest dla niego (niej) chaosem, ale logosem.

Na Przystanku 2. znów markus, aneta i krążący między nimi język, bodaj jeszcze bardziej skłębiony i usamodzielniony. Fragmenty dyskursu miłosnego, chyba tak, jeszcze raz za Barthesem, bym to nazwał: fruwające bezładnie, bezpodmiotowe lub przynajmniej osuwające się w bezpodmiotowość strzępy mowy kojarzone z językiem miłości. Nie idzie tu o poetycką opowieść o zaprzepaszczonej miłości, ale o zaprzepaszczenie opowieści (i miłości?) w języku, w zawiłej materii wiersza. No, może nie o aż tyle, bo zaprzepaszczenie polegałoby na całkowitej zatracie linearności i sensu, a tymczasem daje się zrekonstruować pewien główny wątek opowieści (obojętna wobec markusa aneta z czasem zmienia swoją postawę, ale równocześnie markus traci zainteresowanie anetą), na pewno jednak chodzi o znaczne pogrążenie tej opowieści w odmętach mowy. Bardzo ciekawie w każdym razie pogrąża/zaprzepaszcza swoją poetycką narrację Kamińska: mnoży kursywy, nawiasy, rozbija wtrętami w miarę jednolite ciągi słowne, które można by nazwać „głosami”, i tym samym wydobywa nowe znaczenia nieoczekiwanie pojawiających się obok siebie wyrazów i fraz. Eksponuje jeśli nie nieczytelność, to maksymalną polisemię. Przypomina to trochę szaleńczą zabawę gałką radia, obracaną bez pamięci na lewo i prawo – rwane głosy kolejnych spikerów układają się siłą rzeczy w nową, przedziwną całość.

Książkę zamykają koniec (albo sen) oraz trzy wyjścia. Ten pierwszy nawiązuje oczywiście do konsolacyjnej wymowy Trenu XIX Kochanowskiego („to minie wiem –/ zdarza się –/ jeszcze raz –”) i daje przykład pięknej, prawdziwie onirycznej dysocjacji słów i obrazów. A wyjścia? Cóż, wyglądają na potencjalne rozwiązania całej historii, Aneta doprowadza do nich swoją bohaterkę i jakby waha się, ku któremu ją popchnąć. Podkreśla oczywiście tym samym literacki, fikcjonalny charakter całej narracji. Jako czytelnik wybieram wyjście drugie – z podziwu. Wychodzę z podziwu dla pomysłowości, odwagi, poetyckiego talentu. Przewracam stronę, żegna mnie napis „enter/exit//push/pull”, opuszczam pomarańczową budowlę ze słów.

3. Poruszanie się po lirycznym labiryncie Kamińskiej nie dla wszystkich musi być łatwe (vide autor recenzji), ale z pewnością jest estetycznie przyjemne. Aneta, na wzór twórców awangardowych (choć bez typowej dla nich ambicji przeprowadzania poetyckich rewolucji, wszak ponowoczesne „wszystko już było” skłania do pewnej powściągliwości), lubuje się w wymyślnych, często stylizowanych na wierszowany chaos konstrukcjach, podsuwa czytelnikowi poetyckie łamigłówki, świetnie operuje na poziomie kompozycji poszczególnych tekstów i całego tomu. Myli tropy, bawi się z czytelnikiem, nie pozwala, by ten zbyt szybko dochodził do interpretacyjnych wniosków. Gra wręcz odbiorcy na nosie, jawnie go zwodzi i każe szukać konstrukcji tam, gdzie jej nie ma. Przejawia się to w „datach” umieszczanych pod każdym tytułem (rozdziałem): „dzień 1”, „miesiąc 3 rok 2”, „dwa lata później”, „listopad rok ten sam”, „sierpień”, „zawsze”, „kiedykolwiek”. Szukałem klucza, kombinowałem, nic nie znalazłem, żadnego rytmu, powtarzalności, logiki. Aneta nieustannie gra z czytelnikiem. I konsekwentnie stawia czytelnika wobec tej poetyckiej prawdy – język bywa labiryntem pogrążającym swych użytkowników, pogrążającym opowiadane historie. Bliskie to zaiste byłym warszawskim neolingwistom (którzy, nota bene, doczekali się niedawno swojej pierwszej antologii).

Domyślam się, że Kamińską zainspirowały do napisania książki przede wszystkim doświadczenia związane z nauczaniem polskiego cudzoziemców. Z samą Anetą o tym nie rozmawiałem, ale tak podpowiadają mi ostatnia strona okładki i blog zamieszczony pod adresem www.wszczebrzeszynie.blog.pl. W przezabawnych, krótkich zapisach, utrzymanych w konwencji jak najbardziej realistycznej, pojawiają się markus, martin, michaela i cała masa innych uczniów Anety, o których w książce nie ma mowy. Pojawiają się ponadto fragmenty, co do których można mieć pewność (albo przynajmniej uzasadnione podejrzenie), że stanowiły językowy materiał wykorzystany do napisania wierszy. Chciałbym czytać tego bloga jako autobiograficzny autentyk, który otwiera pole autobiograficznej grze interpretacyjnej wokół wierszy. O tym jednak, tak jak o wyraźnie rysującej się w tomie kobiecości, o wpływach komputerów na twórczość literacką i komunikację (rzecz w poezji siłą rzeczy coraz częstsza i warta osobnego namysłu) – nie tym razem.

Paweł Uszyński
Aneta Kamińska
fot. Paulina Rasińska


"czary i mary" (Warszawa 2007)
"zapisz zmiany" (Warszawa 2004)
Nazar Honczar, gdybym (Warszawa 2007)
Hałyna Tkaczuk, Ja i inne piękności (2011)


Wreszcie jest!

Aneta Kamińska, Cząstki pomarańczy. Antologia nowej poezji ukraińskiej, Narodowe Centrum Kultury-Korporacja Ha!art, Warszawa-Kraków 2011.




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie