Maciek Froński
Mykonos i Delos
Białe, sześcienne domki wysoko nad brzegiem morza, kręte, wąskie uliczki, którymi samochód nie przejedzie, ale osiołek się przeciśnie, kolorowe rybackie łodzie w małej przystani, tawerny, cerkwie i wiatraki na tle bezchmurnego nieba – oto obraz, który przychodzi nam na myśl na dźwięk słów „greckie wyspy”. Obraz wyidealizowany, wyśniony, ale najbliższy spełnienia na Cykladach. A wśród Cyklad, z których łatwa dostępność i bliskość Aten uczyniły najpopularniejsze wyspy Grecji, dwie zasługują na szczególną uwagę – Mykonos i Delos.

Mykonos – główna osada wyspy o tej samej nazwie – cieszy się opinią najdroższego miejsca w Grecji. Do niedawna ulubione przez artystów i homoseksualistów, których ostatnio wypierają powoli turyści po prostu bogaci, jest kurortem, który swą pozycję zdobył dzięki niekwestionowanemu urokowi.

W jego labiryncie wąskich uliczek wijących się wśród bielonych wapnem budynków można błądzić godzinami (nawiasem mówiąc, o to właśnie chodziło budowniczym miasta, z tym, że ofiarami tego galimatiasu mieli być pierwotnie powszechni na Morzu Egejskim piraci). Można, jeśli oczywiście kogoś taka cukierkowatość nie razi.

Wizytówką miasteczka są stojące nad brzegiem morza wiatraki, dziś już, niestety, nieużywane. Na uwagę zasługuje też dzielnica zwana potocznie „Małą Wenecją”, a to dlatego, że jej ozdobione balkonami domy schodzą bezpośrednio do morza. Krążąc po mieście co krok napotykamy piękną cerkiewkę lub kościółek (silna społeczność katolicka na Cykladach to pozostałość po ich wielowiekowej okupacji przez Wenecjan). Na całej wyspie jest ich podobno 365 – po jednej na każdy dzień roku. Największą sławą cieszy się niewątpliwie Panagia Paraportiani, złożona z czterech połączonych kaplic, ale wiele innych w niczym jej nie ustępuje. Bardzo często stawiali je marynarze w podzięce za wyratowanie z morskiej opresji.

Komu Mykonos nie wystarcza, powinien popłynąć na pobliską (odległą o 6 mil morskich) wyspę Delos. Według mitu była ona miejscem narodzin Apollina i Artemidy i w starożytności stanowiła ważny ośrodek kultu. Było to wtedy miejsce święte – nikomu nie wolno było się tam rodzić ani umierać, dlatego też oczekujące rozwiązania kobiety i czujących się gorzej starców przewożono na sąsiednią wysepkę Reneję.

Obecnie słynie Delos z ruin miasta, które swój okres rozkwitu przeżywało w III i II wieku p.n.e. Było wtedy największym w ówczesnym świecie centrum handlu niewolnikami. Kiedyś tętniąca życiem, dziś ta mała (4 km2) naga wysepka jest praktycznie niezamieszkała. Za dnia przewijają się za to przezeń tłumy turystów.

Wśród najciekawszych obiektów Delos wymienia się jej symbol – Aleję Lwów (z których na miejscu zostało jednak tylko pięć), a także teatr z IV wieku p.n.e., trzy świątynie Apollina (wśród nich najstarsza również z IV wieku przed Chrystusem) stojące wzdłuż Świętej Drogi, czy bardzo ciekawą tzw. Agorę Hermaistów Kompetalistów (grupy kupców rzymskich działających na wyspie w ramach własnego centrum wymiany i religii).

Bardzo ładna jest częściowo odrestaurowana świątynia Izydy. Na szczególną uwagę zasługują też piękne mozaiki, choćby w Domu Dionizosa, Domu Skardana czy w Domu Masek. Przede wszystkim jednak w Delos zachowała się w bardzo dobrym stanie starożytna zabudowa miejska z licznymi domami mieszkalnymi i oryginalnymi ulicami. Wielu zwiedzającym przypomina to Pompeje, choć jest to, moim zdaniem, podobieństwo dosyć odległe.

Ukoronowaniem wizyty jest wejście na górę Kinthos (113 m n.p.m.), skąd rozciąga się piękny widok na całą Delos i okoliczne wyspy. Są one nagie, żółtobrunatne, spalone słońcem, przez co nawet rzadka zieleń jest wyblakła i przygaszona. Morze jest za to fantastycznie kolorowe, o bardzo intensywnej barwie przechodzącej od błękitu do ciemnego granatu.

Odpływając z Delos nie można nie mieć w pamięci wiersza Iwana Bunina „W Archipelagu” (w moim przekładzie – M.F.):

Październik w morzu miedzią się rozpalił,
Posejdon, Eol z okrętowych drzew
Wydobywali żałobliwy śpiew,
Jak ryba statek nasz nurzał się w fali.

W dali był cypel, na tle nieba, w dali
Nierówny kolumn przebłyskiwał rząd.
Reje mnie swoją usypiały grą –
W liliowej statek nasz nurzał się fali.

Czy to jest ważne, że to stary chram,
Że na przylądku – niszczał portyk Feba!
Zapamiętałem rząd kolumn i niebo.

Ku górom gęsta wznosiła się mgła,
Pustynny cypel był jak bochen chleba.
To był sen. Bogów tworzyłem w nim sam.
Maciek Froński
fot. Zuzia Frońska


Rozpoznanie bojem
Poezja spokoju moralnego
Przed Petrarką
Iwan Bunin. Wciąż smutno wierzę w swoje szczęście...
Efekt zimnej wody


Wiersz "Powidoki" w miesięczniku Kraków, nr 11/2017
"Fabrizio De André - ostatni zbuntowany", Pismo Folkowe, nr 131(4)/2017




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie