Maciek Froński
 1  2  >>
Wymarzona Kerala - Część I
Dla kogoś, kto ani nigdy nie był w Indiach, ani się też nimi specjalnie nie interesuje, mogą się one wydawać krajem względnie jednolitym, z dominującym językiem hindi i religią hinduistyczną. Jednakże gdy tylko zacznie się im przyglądać, choćby to było z odległości tych kilku tysięcy kilometrów, które nas od nich dzieli, nauczy się z początku zauważać różnicę między północą a południem subkontynentu, pierwszą – aryjską, wyłaniającą się z trudem ze świata islamu, drugim – drawidyjskim, pozostającym na wybrzeżu pod znacznym wpływem różnych przyniesionych na pokładach kupieckich statków zamorskich kultur, by już po chwili dać się wciągnąć w wir dwudziestu kilku stanów, z których większość ma własny język i tradycję i z powodzeniem mogłaby stanowić samodzielne państwa. Taka dajmy na to Maharasztra jest wielkością porównywalna z Wietnamem czy Malezją, a jej ludność, liczniejsza skądinąd niż każdego z tych państw z osobna, posługuje się językiem marathi. I tak jak trudno jest śledzić rozgrywki piłkarskie nie wybierając sobie drużyny, której się kibicuje, tak trudno jest interesować się Indiami nie wybierając sobie stanu, który najbardziej chciałoby się odwiedzić. Dla mnie takim stanem była Kerala.
Kerala zajmuje najbardziej południowy fragment Wybrzeża Malabarskiego i sięga prawie samego przylądka Komoryn, najbardziej na południe wysuniętego punktu kontynentalnych Indii. Jej naturalną wschodnią granicą jest grzbiet Ghatów Zachodnich, choć granice stanu zostały wytyczone nie według kryterium geograficznego, lecz językowego – pokrywa on bowiem obszar, na którym mówi się językiem malajalam. Język ten, z rodziny języków drawidyjskich, zbliżony jest do tamilskiego (na tyle, że Keralczycy i Tamilowie potrafią się zrozumieć), jak jednak wytłumaczył mi pewien poznany w autobusie z Palakkad do Ernakulam młodzieniec, alfabet malajalam posiada dwa razy więcej liter. Jak wiemy z historii, pierwszymi Europejczykami, którzy dotarli morzem do Indii, byli Portugalczycy – w konsekwencji znaczny odsetek społeczeństwa stanowią chrześcijanie, w przeważającej części katolicy. Kerala jest też pierwszym miejscem na ziemi, które miało komunistyczny rząd wybrany w wolnych wyborach i do dziś czerwone chorągiewki z sierpem i młotem powiewają w wielu wsiach i miasteczkach (inna sprawa, że akurat podczas mojej podróży odbywały się wybory). Raz nawet z okien autobusu dostrzegłem w jednym z miasteczek jakąś wariację na temat „Robotnika i kołchoźnicy” Muchiny i Jofanowa. Choć drogi są w Kerali fatalne, to jednak stan jest względnie bogaty, śmiertelność dzieci i niemowląt jest tam niska, rozwarstwienie społeczne niewielkie, a sięgający zaledwie kilkunastu procent odsetek analfabetów – najniższy w całym kraju.
Przez Palakkad i Ernakulam wiodła też moja droga do serca Kerali. Po przesiadce w Bombaju, lądowaniu w Coimbatore i dwóch dniach spędzonych Górach Nilgiri właśnie tędy przyszło mi się kierować ku keralskim rozlewiskom, których sława w głównej mierze przywiodła mnie do tego stanu. Moim pierwszym przystankiem było jednak Cherai Beach – nadmorska część miejscowości Cherai, jakieś dwadzieścia pięć kilometrów na północ od Koczinu. Cherai Beach położone jest na wąskim pasie ziemi, oddzielonej od stałego lądu laguną, przez którą przeprowadzono groblę. Szczyci się najdłuższą plażą w Kerali. Rano wybrałem się na spacer jakieś dwa-trzy kilometry na północ wzdłuż brzegu Oceanu Indyjskiego, wróciłem wzdłuż laguny. Mogłem podziwiać nie tylko piękną plażę, na którą cień rzucały rozłożyste palmy oświetlone od tyłu przez słońce, ale i podejrzeć codzienne życie mieszkańców – rybaków wybierających połów z sieci, uczniów śpieszących do szkoły, ludzi przeprawiających się niewielkim promem przez lagunę. Ciekawym wynalazkiem – chińskim podobno – są sieci rozpinane i opuszczane do wody na specjalnej drewnianej konstrukcji. Sieci się zapewne uchowają, skoro są już na co drugiej widokówce, ale z podglądaniem miejscowych trzeba się śpieszyć – Cherai Beach staje się powoli kurortem.
Kolejnym przystankiem na mojej trasie był Koczin – duże portowe miasto zbudowane w miejscu, w którym jezioro Vembanad łączy się z oceanem. Na jego obliczu, oprócz miejscowych władców, odcisnęli piętno kupcy chińscy, arabscy, portugalscy, holenderscy i angielscy, a także Żydzi, którzy znaleźli tu schronienie po wygnaniu ich z Goa. Stare miasto dzieli się na dwie części – Mattancherry i Fort Koczin. Pierwsza słynie z szesnastowiecznego Pałacu Matancherry, zwanego też Holenderskim, w którego wnętrzach można podziwiać ciekawe malowidła przedstawiające sceny mitologiczne, jak również będącej jego rówieśniczką synagogi oraz rozciągającej się wokół tej ostatniej tak zwanej dzielnicy żydowskiej – kilku wąskich uliczek mieszczących bajecznie kolorowe domy, we wnętrzach których urządzono głównie galerie sztuki, antykwariaty i sklepy z przyprawami. Druga ma spokojniejszy charakter, niektóre ulice są nawet
 1  2  >>
Maciek Froński
fot. Zuzia Frońska


Rozpoznanie bojem
Poezja spokoju moralnego
Przed Petrarką
Iwan Bunin. Wciąż smutno wierzę w swoje szczęście...
Efekt zimnej wody


Wiersz "Powidoki" w miesięczniku Kraków, nr 11/2017
"Fabrizio De André - ostatni zbuntowany", Pismo Folkowe, nr 131(4)/2017




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2017  Fundacja Literatury w Internecie