Maciek Froński
 1  2  >>
Wymarzona Kerala - Część II
Kilkadziesiąt kilometrów za Koczinem zaczynają się już powoli słynne rozlewiska Kerali, do których dotarłem najtańszym pociągiem z Ernakulam, położonej na stałym lądzie części Koczinu. Wynająwszy mniejszą lub większą łódź można godzinami błądzić w tym labiryncie jezior, lagun, kanałów i odnóg rzeki Pamby uchodzącej do jeziora Vembanad. Tnąc dywan wodnej roślinności i wciskając się między kolejne szpalery palm można od czasu do czasu dojrzeć rozciągające się za nimi ryżowe pola. Mija się też często majestatycznie posuwające się po wodzie kettuwallamy – barki ryżowe, które zadaszono palmową plecionką i zaopatrzono w kuchnię, kucharza i luksusowe kajuty; tak czy inaczej jest to przyjemność dla zdecydowanie zamożniejszych turystów. A to wszystko w obszarze zamieszkałym – widzi się przecież co i rusz drewnianą chatę krytą liśćmi palmy, kobietę robiącą pranie w kanale, pasącą się na brzegu krowę czy mężczyznę w tradycyjnym dhoti, wiozącego wąską łodzią ładunek pustych muszli, które następnie zostaną spalone na wapno.
Z Kottayam, bramy do rozlewisk, przejechałem do Kumily w Górach Kardamońskich, bramy do Parku Narodowego Periyar, ostoi tygrysa. Tuż za rogatkami miasteczka przebiega granica ze stanem Tamil Nadu, do którego miejscowi całymi grupami wybierają się po łatwiej niż w Kerali dostępny alkohol. Parku nie można zwiedzać indywidualnie, trzeba wykupić uczestnictwo w zorganizowanej grupie zapuszczającej się w dżunglę pod opieką przewodnika. Park oferuje turystom kilka programów – od trzygodzinnego spaceru po kilkudniową wyprawę. Ja zarezerwowałem sobie całodzienną wędrówkę „tropem tygrysa”, ale że na miejscu udało mi się znaleźć dzień przed terminem, nie chcąc czekać musiałem wziąć to, co było do wzięcia, czyli kombinowaną wycieczkę obejmującą przejazd dżipem, spacer po dżungli i relaks w łodzi na jeziorze Gavi.
Umówiony samochód przyjechał pod mój bungalow coś koło wpół do szóstej rano. Początkowo byłem zawiedziony tym, że będę musiał poruszać się po dżungli wozem, ale dzięki temu byłem w stanie dotrzeć w odleglejsze rejony parku. Świt w dżungli był cudowny! Z porannej mgły powoli wyłaniały się powyginane konary drzew, liście stopniowo przechodziły od szarości do zieleni. Ale po chwili było już jasno, w oddali widać było pokryte spaloną trawą łagodne szczyty niewysokich w tym miejscu gór. O pokazaniu nam tygrysa nie było mowy, podobno w całej historii parku doświadczyła tego tylko jedna grupa turystów i to po całonocnym czuwaniu, ale naszemu przewodnikowi udało się wypatrzyć trzy młode słonie. Podobno mieliśmy ogromne szczęście – trwała pora sucha, słonie chowały się głęboko w dżungli i od dwóch miesięcy nikomu nie udało się ich zobaczyć. Może to i prawda, a może powtarzają to każdej grupie turystów, kto to wie?
W świetle dziennym dżungla jednak trochę rozczarowywała – było sucho, nie musieliśmy brodzić po kolana w wodzie, przewodnik z powodzeniem obywał się bez maczety, w zasadzie byliśmy w zwykłym lesie, tylko rośliny i zwierzęta były trochę inne. Ale piękny widok na góry znad malowniczego wodospadu Gavi wynagrodził nam wszystko.
Ostatnim przystankiem w mojej podróży po Kerali było Munnar, dokąd dostałem się autobusem, z okien którego podziwiałem piękne sztuczne jezioro Anamirengal. Samo miasteczko Munnar niczym się szczególnym nie odznacza, położone jest za to w pięknym otoczeniu Gór Kardamonowych. Podjechałem na przełęcz Lockharta, skąd rozciągał się fantastyczny widok na całą dolinę wyścieloną krzewami herbaty barwy niespotykanie intensywnej zieleni. Między poszczególnymi ogrodami herbacianymi wiodły na kształt linii papilarnych szersze ścieżki, podczas gdy węższe, rozdzielające poszczególne krzewy, przypominały popękany werniks na starych obrazach; dzięki czemu całość wyglądała jak jakiś olbrzymi mech albo gąbka. Na horyzoncie majestatycznie widniało Anai Mudi (2695 m n.p.m.). Ten najwyższy szczyt Dekanu, stanowiący ścisły rezerwat przyrody, jest z tego powodu dostępny tylko dla badaczy. Postanowiłem więc wspiąć się na pobliską Górę Lockharta, na południowy zachód od przełęczy. Szedłem bez szlaku przez czarne bazaltowe skały, porośnięte dość obficie wypłowiałą trawą, a miejscami i wykoślawionymi przez wiatr drzewami. Szczyt osiągnąłem po jakiejś godzinie z kwadransem. Wąska, asfaltowa szosa, którą dotarłem do przełęczy, wiła się pode mną fantastycznymi serpentynami.
Na następny dzień, ostatni już w Kerali, zaplanowałem sobie przejazd do punktu widokowego Pothanmedu i zejście do wodospadów Attukkad. Widok doprawdy miałem przed sobą królewski – ciemna zieleń herbacianych ogrodów poprzetykana jaskrawą zielenią drzew, a to wszystko w ramionach dwóch łańcuchów górskich. Wędrowałem przedziwnie meandrującą ścieżką przez samo serce plantacji należącej, bodajże, do koncernu Tata, mijając po drodze bazaltowe głazy o fantazyjnych kształtach. Wędrówka ta zaprowadziła mnie do ciekawej dolnej partii wodospadów, ogrom ich górnej części, niewidocznej z dołu,
 1  2  >>
Maciek Froński
fot. Zuzia Frońska


Rozpoznanie bojem
Poezja spokoju moralnego
Przed Petrarką
Iwan Bunin. Wciąż smutno wierzę w swoje szczęście...
Efekt zimnej wody


"W oparach Lewantu", Pismo Folkowe, nr 132(5)/2017




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie