Maciek Froński
Sowizdrzał z Mikołowa (Marcin Mońka, Gazeta Wyborcza)
Marcin Mońka: Pana wiersze skrzą się humorem, ironią i dowcipem. To pana sposób na życie?

Maciek Froński: W życiu raz jest dobrze, innym razem źle. I jeśli mam do wyboru albo się śmiać, albo się powiesić, wybieram zdecydowanie to pierwsze rozwiązanie. Czasami jest to śmiech przez łzy, trochę wymuszony, lecz myślę, że ta droga jest dla mnie właściwa. Perspektywa twórcy pozwala z dystansu spoglądać na różne zjawiska, a zarazem tworzy dystans do siebie. Umiejętność śmiania się z siebie jest bardzo przydatna.

- Mówi się o Panu: współczesny trubadur...

- Raczej odnajdywałbym się w roli sowizdrzała. Trubadur jest poetą wyrafinowanym i wykwintnym, który w bardzo elegancki sposób zabiega o względy kobiety i ma blisko na dwór władcy. Mnie zdecydowanie bliżej jest do poezji plebejskiej, sowizdrzalskiej. To te rejony: ironiczne podejście do świata, podśmiewanie się z ludzkich ambicji, pragnień, z wielkich tego świata. To moja reakcja obronna.
Porównanie do trubadura jest oczywiście wielkim zaszczytem. To poezja, która bardzo mi się podoba, niedościgniony wzór. Jako tłumacz, m.in. średniowiecznej poezji włoskiej, wiem, jaka to była maestria. Sam nie poważam się zapuszczać w takie rejony. Czuję się lepiej trochę niżej i tam buszuję (śmiech).

- To wiersze autobiograficzne?

- Myślę, że na tym polega poezja, choć wiele jest wierszy satyrycznych, w których autor jest słabo widoczny. Często wiersz bierze się z polemiki, czasami reaguję na zjawiska społeczne czy polityczne. Nie jestem poetą, który planuje, że od godziny 18 do 20 będzie pisać sonet w stylu Petrarki do wyimaginowanej miłości.
Najczęściej się zdarza, że natchnienie zaskakuje mnie tuż przed snem – już wyłączam komputer, a tu nagle coś mnie znienacka dopada. Dużo czytam, choć jestem sceptycznie nastawiony do tzw. kanonu lektur. Zawsze podobała mi się literatura starożytna, wyszukiwałem przekłady starożytnej poezji czy dawnej poezji włoskiej. I wiele tłumaczę, m.in. Iwana Bunina, Michela Houellebecqa, a nawet Manu Chao.

- Jako tłumacz jest Pan niewolnikiem autora czy raczej jego konkurentem?

- Raczej konkurentem. Mam taką ulubiona anegdotę: malarz Jan Styka, współtwórca „Panoramy Racławickiej”, słynął z bardzo głębokiej religijności. Zdarzyło się raz, że malował postać Chrystusa i Ten do niego przemówił: „Styka, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!” I ja właśnie staram się tłumaczyć dobrze. Jeżeli przełożę wiersz dobrze, choćby i trochę niewiernie, to zainteresowany tą poezją czytelnik sięgnie do oryginału. Poezja na pewno na tym nie straci. Są oczywiście różne szkoły, ja jednak uważam, że poezja jest dziełem sztuki, a tłumacz jest artystą, nie rzemieślnikiem, i chcę zawsze oddać myśl poety, zarówno pięknie, jak i wiernie.
Maciek Froński
fot. Zuzia Frońska


Rozpoznanie bojem
Poezja spokoju moralnego
Przed Petrarką
Iwan Bunin. Wciąż smutno wierzę w swoje szczęście...
Efekt zimnej wody


"W oparach Lewantu", Pismo Folkowe, nr 132(5)/2017




Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2018  Fundacja Literatury w Internecie